Jeszcze niedawno Prawo i Sprawiedliwość kreowało się na partię żelaznej dyscypliny, w której osobiste ambicje zawsze ustępowały miejsca wspólnemu celowi. To właśnie jedność miała być największą przewagą ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego nad politycznymi rywalami. Dziś z tego mitu pozostało niewiele. Kolejne wydarzenia pokazują, że PiS coraz bardziej przypomina partię pogrążoną w wewnętrznej wojnie, której stawką nie jest już program ani wizja państwa, lecz wpływy i sukcesja po wieloletnim liderze.
Symbolem tego kryzysu stała się uchwała władz PiS zakazująca członkom partii uczestnictwa w stowarzyszeniach prowadzących działalność polityczną. Dokument nie pozostawia miejsca na interpretację. „Członkowie PiS, niezależnie od pełnionych funkcji są zobowiązani do bezwzględnego powstrzymywania się od przynależności do jakichkolwiek stowarzyszeń, fundacji, organizacji pozarządowych lub innych podmiotów prawa, których statutowym lub faktycznym celem jest prowadzenie działalności o charakterze politycznym” – głosi uchwała.
To wyjątkowo mocny sygnał. Partia, która przez lata podkreślała własną spoistość, dziś musi przypominać swoim politykom, gdzie kończy się lojalność wobec ugrupowania. Trudno o bardziej wymowny dowód, że zaufanie wewnątrz PiS zostało poważnie nadwyrężone.
Jeszcze dalej idzie kolejne postanowienie kierownictwa. Władze podkreślają, że „członkowie PiS nie powinni również uczestniczyć w pracach, spotkaniach, wydarzeniach lub projektach realizowanych przez takie organizacje, chyba że są to organizacje, które działają za zgodą władz partii”. Oznacza to próbę objęcia kontrolą nie tylko formalnego członkostwa, ale praktycznie każdej aktywności politycznej prowadzonej poza strukturami PiS.
Takie decyzje nie są oznaką siły. Są oznaką obaw. Silne partie nie muszą zakazywać swoim liderom spotykania się z własnym środowiskiem. Zakazy pojawiają się wtedy, gdy kierownictwo zaczyna dostrzegać ryzyko utraty kontroli.
Największym problemem dla Jarosława Kaczyńskiego okazuje się dziś Mateusz Morawiecki. Były premier nie zamierza rezygnować z działalności Stowarzyszenia „Rozwój Plus”, a podobne stanowisko zajmuje większość jego współpracowników. To już nie jest drobny spór organizacyjny. To otwarte zakwestionowanie decyzji władz partii.
Jeszcze kilka lat temu trudno byłoby sobie wyobrazić, aby jeden z najważniejszych polityków PiS publicznie ignorował uchwałę kierownictwa. Dziś taki scenariusz stał się rzeczywistością. Oznacza to, że autorytet prezesa nie działa już z taką siłą jak kiedyś. W partii coraz wyraźniej pojawiają się środowiska gotowe prowadzić własną politykę, nawet za cenę konfliktu z centralą.
Rzecznik PiS ujął problem niezwykle lapidarnie: „Albo chce się być w jednej organizacji, albo w drugiej.” To zdanie brzmi jak ultimatum, ale jednocześnie pokazuje skalę kryzysu. W normalnie funkcjonującej partii nie trzeba przypominać działaczom, do jakiej organizacji należą. Jeżeli takie słowa padają publicznie, oznacza to, że pytanie o polityczną lojalność stało się realnym problemem.
Najbardziej uderza jednak coś innego. W całej tej dyskusji praktycznie nie pojawiają się sprawy ważne dla obywateli. Nie mówi się o inflacji, ochronie zdrowia, bezpieczeństwie czy gospodarce. Zamiast tego opinia publiczna obserwuje spór o stowarzyszenia, uchwały, zakazy i partyjną dyscyplinę. Partia, która chce wrócić do władzy, powinna przekonywać wyborców do swoich pomysłów. Tymczasem PiS sprawia wrażenie ugrupowania zajętego przede wszystkim gaszeniem własnych pożarów.
Jeszcze niedawno politycy PiS chętnie przekonywali, że Platforma Obywatelska jest skłócona i podzielona. Dziś podobne zarzuty coraz łatwiej odnieść do samego PiS. Wewnętrzne frakcje przestały być tajemnicą, a publiczne wymiany zdań między czołowymi politykami stały się niemal codziennością. Coraz wyraźniej widać, że rozpoczęła się walka o przyszłość ugrupowania po epoce Jarosława Kaczyńskiego.
Nie oznacza to jeszcze, że rozpad PiS jest przesądzony. Partia nadal dysponuje silnymi strukturami i znaczącym poparciem społecznym. Jednak wydarzenia ostatnich dni pokazują, że mit monolitu definitywnie się skończył. Tam, gdzie przez lata obowiązywała żelazna dyscyplina, pojawiły się wzajemna nieufność, rywalizacja i otwarte kwestionowanie decyzji władz.
Historia polityki wielokrotnie pokazywała, że wielkie ugrupowania rzadko przegrywają wyłącznie z przeciwnikami. Znacznie częściej osłabiają je własne ambicje, konflikty personalne i brak zgody co do przyszłego przywództwa. PiS coraz bardziej przypomina właśnie taką partię – ugrupowanie, które więcej energii poświęca rozstrzyganiu własnych sporów niż przekonywaniu Polaków, że ma pomysł na rządzenie krajem. A dla każdej partii politycznej jest to jeden z najbardziej niebezpiecznych momentów.










