Jeszcze kilka lat temu Prawo i Sprawiedliwość przedstawiało się jako partia monolityczna, oparta na bezwzględnej dyscyplinie i silnym przywództwie Jarosława Kaczyńskiego. Dziś z tego obrazu niewiele zostało. Najnowsze doniesienia o konflikcie między prezesem PiS a Mateuszem Morawieckim pokazują, że ugrupowanie nie jest już zajęte przekonywaniem Polaków do swojej wizji państwa. Coraz większą energię pochłania walka o władzę wewnątrz własnych szeregów.
Spór wokół stowarzyszenia „Rozwój Plus” stał się jedynie pretekstem do ujawnienia konfliktu, który narastał od miesięcy. Kierownictwo PiS przyjęło uchwałę, zgodnie z którą „członkowie PiS, niezależnie od pełnionych funkcji, są zobowiązani do bezwzględnego powstrzymywania się od przynależności do jakichkolwiek stowarzyszeń, fundacji, organizacji pozarządowych lub innych podmiotów prawa, których statutowym lub faktycznym celem jest prowadzenie działalności o charakterze politycznym”. W praktyce decyzja była wymierzona przede wszystkim w inicjatywę Mateusza Morawieckiego.
Były premier nie zamierza jednak ustąpić. „Moja deklaracja jest jasna: chcę pozostać w PiS, chcę rozwijać stowarzyszenie Rozwój Plus” – oświadczył. Trudno o bardziej jednoznaczny sygnał, że Morawiecki nie zamierza podporządkować się woli prezesa. To już nie jest zwykła różnica zdań. To otwarte zakwestionowanie politycznego modelu, który Jarosław Kaczyński budował przez ponad dwie dekady.
Najbardziej uderza jednak to, że obaj politycy wydają się zakładnikami własnych ambicji.
Jarosław Kaczyński od lat nie przygotował przekonującego planu sukcesji. Zamiast stopniowo przekazywać odpowiedzialność kolejnemu pokoleniu polityków, stworzył system całkowicie uzależniony od własnego autorytetu. Taki model działał tak długo, jak długo jego pozycja pozostawała niekwestionowana. Dziś jednak wystarczy jeden poważniejszy konflikt, aby cała konstrukcja zaczęła się chwiać.
Mateusz Morawiecki również nie jest bez winy. Jeżeli rzeczywiście – jak wynika z relacji rozmówców Onetu – powiedział, że „prezes Kaczyński powinien oddać władzę”, trudno uznać taki krok za przejaw politycznej rozwagi. Nawet jeśli wielu działaczy prywatnie podziela podobną opinię, wypowiadanie takich słów w środku narastającego konfliktu musiało zostać odebrane jako wyzwanie rzucone liderowi partii.
Jeden z polityków PiS skomentował to bez ogródek: „Tak to jest, gdy ambicje biorą górę nad zdrowym rozsądkiem”. Trudno nie odnieść wrażenia, że ta uwaga dotyczy obu stron sporu.
Obóz Morawieckiego zarzuca z kolei kierownictwu partii nagłą zmianę stanowiska. „Miały być dwa płuca, a tu nagle zwrot o 180 stopni” – mówi jeden z jego zwolenników. Inny dodaje jeszcze ostrzej: „Żałosny spektakl. Sasin znów nagadał prezesowi głupot”.
Niezależnie od tego, kto ma rację, opinia publiczna obserwuje obraz partii pogrążonej w personalnych wojnach. Trudno znaleźć w tej dyskusji miejsce na problemy obywateli. Zamiast debat o gospodarce, bezpieczeństwie czy ochronie zdrowia pojawiają się spory o stowarzyszenia, lojalność wobec prezesa i przyszły układ sił w partii.
Oficjalnym uzasadnieniem decyzji władz PiS jest obawa przed utratą subwencji. Skarbnik partii Henryk Kowalczyk tłumaczył: „Jak rozliczyć spotkanie, w którym biorą udział członkowie naszej partii, a finansowane jest z pieniędzy stowarzyszenia? To trudne”. Argument ten budzi jednak wątpliwości, skoro – jak zauważają media – przy wielu ugrupowaniach funkcjonują podobne organizacje, a sam Jarosław Kaczyński przed laty rozważał powołanie stowarzyszenia Biało-Czerwoni.
Coraz więcej wskazuje więc na to, że prawdziwym problemem nie są kwestie prawne, lecz polityczne. Stowarzyszenie Morawieckiego stało się symbolem budowania własnego zaplecza przed nieuniknioną walką o przyszłe przywództwo w PiS.
Doniesienia o próbach pozbawienia Morawieckiego funkcji przewodniczącego Europejskich Konserwatystów i Reformatorów tylko potwierdzają, że konflikt wkracza na kolejny poziom. Gdy jedna frakcja próbuje osłabić pozycję drugiej również na arenie międzynarodowej, trudno mówić o przejściowym nieporozumieniu. To pełnowymiarowa wojna o wpływy.
Największym przegranym tej sytuacji wydaje się jednak samo Prawo i Sprawiedliwość. Jarosław Kaczyński nie potrafił stworzyć mechanizmu spokojnej sukcesji i dopuścił do sytuacji, w której każda dyskusja o przyszłości partii zamienia się w kryzys. Mateusz Morawiecki z kolei sprawia wrażenie polityka, który coraz wyraźniej chce budować własną pozycję, nie oglądając się na konsekwencje dla całego ugrupowania.
Historia pokazuje, że wielkie partie rzadko przegrywają wyłącznie z przeciwnikami. Znacznie częściej niszczą je własne ambicje i personalne wojny. Dzisiejszy PiS coraz bardziej przypomina właśnie takie ugrupowanie – rozdarte między liderem, który nie chce oddać sterów, a potencjalnym następcą, który najwyraźniej nie zamierza już cierpliwie czekać. W efekcie zamiast budować wiarygodną alternatywę dla rządzących, partia coraz częściej wystawia na widok publiczny własne konflikty i własną słabość.










