Przemysław Czarnek ma wyjątkowy talent do wygłaszania efektownych haseł. Problem polega na tym, że im bardziej skomplikowany temat, tym większa przepaść między politycznym sloganem a rzeczywistością. Tak było w przypadku jego wypowiedzi o pomocy dla Ukrainy. Tak jest również dziś, gdy były minister edukacji postanowił pouczać Europę w sprawie systemu handlu emisjami ETS.
Po ogłoszeniu przez Komisję Europejską projektu reformy unijnego systemu ETS Czarnek nie pozostawił miejsca na niuanse. „Donald Tusk znowu dał się ograć w Brukseli” – ogłosił, przekonując, że proponowane zmiany są wyłącznie kosmetyczne. Następnie przeszedł do swojej głównej tezy: „Nie potrzebujemy łagodniejszego ETS. Potrzebujemy wyjścia z ETS. Mój projekt ustawy jest gotowy.”
Brzmi stanowczo. Problem w tym, że stanowczość nie zastępuje wiedzy.
ETS nie jest zwykłą ustawą, z której można jednostronnie zrezygnować decyzją jednego parlamentu. To element wspólnego rynku Unii Europejskiej i jeden z filarów europejskiej polityki klimatycznej. Można dyskutować o jego skuteczności, tempie zmian czy wpływie na konkurencyjność przemysłu. Taką debatę prowadzą zresztą niemal wszystkie państwa członkowskie. Jednak sprowadzanie całego problemu do hasła „wyjdźmy z ETS” jest politycznym uproszczeniem, które pomija zarówno konsekwencje prawne, jak i gospodarcze.
To właśnie jest charakterystyczny sposób działania Przemysława Czarnka. Zamiast wyjaśniać złożone mechanizmy, proponuje proste recepty na problemy, które prostych rozwiązań nie mają. W polityce takie podejście może przynosić krótkotrwałe korzyści medialne, ale nie prowadzi do odpowiedzialnego rządzenia.
Niepokoi zwłaszcza fakt, że Czarnek wypowiada się z pełnym przekonaniem o zagadnieniach wymagających specjalistycznej wiedzy ekonomicznej, energetycznej i europejskiej. Jeszcze niedawno komentował strategię NATO wobec Ukrainy, wywołując konsternację nawet we własnej partii. Dziś z podobną pewnością siebie proponuje rozwiązania dotyczące funkcjonowania jednego z najbardziej skomplikowanych instrumentów regulacyjnych Unii Europejskiej.
Nie oznacza to oczywiście, że system ETS jest pozbawiony wad. Przeciwnie – od lat trwa dyskusja nad jego wpływem na ceny energii, konkurencyjność przemysłu i tempo transformacji energetycznej. Wiele państw, w tym Polska, zabiega o zmiany ograniczające negatywne skutki dla energochłonnych sektorów gospodarki. Komisja Europejska właśnie dlatego przedstawiła projekt reformy.
To jednak zupełnie co innego niż postulowanie prostego „wyjścia z ETS”. Taki slogan może dobrze wyglądać na plakacie wyborczym, ale nie odpowiada na najważniejsze pytania. Co miałoby zastąpić obecny system? Jak wyglądałyby relacje Polski z unijnym rynkiem energii? Jakie byłyby konsekwencje dla przedsiębiorstw eksportujących do państw Unii? Jak wpłynęłoby to na inwestycje energetyczne i dostęp do europejskich funduszy?
Na żadne z tych pytań Czarnek nie odpowiada.
Łatwo natomiast oskarża premiera Donalda Tuska, że „znowu dał się ograć w Brukseli”. Tego rodzaju retoryka dobrze wpisuje się w logikę politycznego sporu, ale nie zastępuje analizy. Negocjacje w Unii Europejskiej nie polegają na jednostronnym dyktowaniu warunków. Są procesem wymagającym budowania koalicji, szukania kompromisów i uwzględniania interesów dwudziestu siedmiu państw. Sprowadzenie ich do opowieści o tym, kto kogo „ograł”, jest bardziej publicystyką niż poważną oceną polityki europejskiej.
Największym problemem Przemysława Czarnka nie jest nawet to, że krytykuje ETS. Krytyka jest w demokracji czymś naturalnym. Problem polega na tym, że coraz częściej wypowiada się z ogromną pewnością o sprawach, które są znacznie bardziej złożone, niż przedstawia to w swoich wystąpieniach. Im bardziej specjalistyczny temat, tym chętniej zastępuje argumenty hasłami.
Polska potrzebuje dziś odpowiedzialnej debaty o kosztach transformacji energetycznej, bezpieczeństwie energetycznym i konkurencyjności gospodarki. To są realne wyzwania, wymagające wiedzy, doświadczenia i umiejętności negocjacyjnych. Polityczne okrzyki o natychmiastowym „wyjściu z ETS” mogą przynieść kilka efektownych nagłówków, ale nie rozwiązują żadnego z tych problemów.
Przemysław Czarnek po raz kolejny udowadnia, że zdecydowanie łatwiej przychodzi mu wygłaszanie prostych sloganów niż mierzenie się z rzeczywistością. A państwa nie da się prowadzić wyłącznie przy pomocy chwytliwych haseł.










