Jeszcze kilka miesięcy temu politycy Prawa i Sprawiedliwości przekonywali, że partia jest monolitem, a wszelkie doniesienia o wewnętrznych konfliktach są wyłącznie wymysłem przeciwników. Dziś tę narrację rozsypują sami liderzy ugrupowania. Przemysław Czarnek przyznał wprost: „Ten wczorajszy dzień pokazuje, że jakieś starcie jest przed nami”. Trudno o bardziej wymowne potwierdzenie, że PiS wkracza w okres otwartej wojny o władzę.
Źródłem konfliktu stała się uchwała zakazująca członkom partii przynależności do stowarzyszeń prowadzących działalność polityczną. Formalnie ma ona wzmacniać dyscyplinę. W rzeczywistości jest kolejnym dowodem, że Jarosław Kaczyński coraz mniej ufa własnym współpracownikom. Partia, która przez lata budowała swój wizerunek na żelaznej lojalności, dziś zmuszona jest uchwalać kolejne regulaminy mające pilnować posłów przed… samymi sobą.
Najbardziej znamienne są jednak słowa Czarnka dotyczące środowiska Mateusza Morawieckiego. Były minister nie krył zażenowania. „Z dużym zażenowaniem patrzyłem na to, co się dzieje” – mówił, odnosząc się do oskarżeń o działalność „grupy intrygantów”. Następnie przypomniał, że za uchwałą głosowali również politycy dotąd utożsamiani z Morawieckim. To pokazuje, że w PiS nikt już nikomu nie ufa, a publiczne deklaracje coraz częściej rozmijają się z zachowaniem podczas partyjnych narad.
Jeszcze ciekawsze jest to, że Czarnek próbował bronić Jarosława Kaczyńskiego, wskazując, iż krytycy uchwały uderzają także w prezesa. „To jakiś skandal, co się dzieje” – przekonywał. Problem polega na tym, że takich słów nie wypowiada polityk pewny siły własnego obozu. Wypowiada je człowiek, który widzi narastający rozkład i próbuje ratować autorytet przywódcy.
To zresztą nie pierwszy sygnał świadczący o kryzysie. PiS coraz częściej przypomina partię zajętą wyłącznie sobą. Zamiast przedstawiać program, odpowiadać na wyzwania gospodarcze czy bezpieczeństwa, jej liderzy koncentrują się na rozliczaniu własnych działaczy, podejrzeniach o nielojalność i wewnętrznych frakcjach. Dla wyborców jest to obraz ugrupowania pogrążonego w sporach personalnych, a nie gotowego do przejęcia odpowiedzialności za państwo.
Szczególnie rozczarowuje postawa Przemysława Czarnka. Jeszcze niedawno przedstawiany był jako jeden z polityków młodszego pokolenia, który miał w przyszłości odegrać znaczącą rolę w odbudowie prawicy. Tymczasem zamiast proponować rozwiązania i tonować emocje, coraz częściej pełni funkcję rzecznika partyjnych porządków. Nie odpowiada na pytanie, dlaczego PiS znalazł się w sytuacji wymagającej tak drastycznych uchwał. Nie zastanawia się nad przyczynami utraty zaufania wewnątrz partii. Ogranicza się do nawoływania do jedności, choć sam przyznaje, że „jakieś starcie jest przed nami”.
Paradoks polega na tym, że apel o jedność wybrzmiewa w momencie, gdy sama partia przyznaje, iż jedności już nie ma. Czarnek przekonuje: „Polacy chcą jedności na prawicy i o tę jedność apeluję”. Oczywiście wyborcy oczekują stabilności. Jednak jedności nie buduje się uchwałami, zakazami i dyscypliną wymuszaną przez kierownictwo. Powstaje ona wtedy, gdy ugrupowanie ma wspólny cel i zaufanie między liderami. Tego dziś w PiS wyraźnie brakuje.
Warto zwrócić uwagę również na argumentację dotyczącą sondaży. Czarnek uspokajał, że różnica między PiS a Platformą Obywatelską zmniejsza się i że „ostatnie trzy sondaże pokazują wzrost”. Nawet jeśli tak jest, trudno uwierzyć, że wyborcy będą premiować ugrupowanie, którego najgłośniejszym tematem są kolejne konflikty wewnętrzne. Historia polityki pokazuje, że partie przegrywają nie wtedy, gdy spierają się z przeciwnikami, lecz wtedy, gdy zaczynają prowadzić wojny ze sobą.
Słowa Przemysława Czarnka są więc czymś więcej niż komentarzem do jednej uchwały. To niezamierzone wyznanie, że obóz Jarosława Kaczyńskiego wszedł w etap głębokiego kryzysu przywództwa. A kiedy polityk sam mówi o nadchodzącym starciu, trudno przekonywać opinię publiczną, że wszystko pozostaje pod kontrolą. Największym przeciwnikiem PiS przestaje być dziś Donald Tusk. Coraz częściej staje się nim sam PiS.










