Decyzja prezydenta Karola Nawrockiego o zawetowaniu ustawy dotyczącej statusu osoby najbliższej pokazuje, że nowa prezydentura już na starcie wybrała kurs na konfrontację zamiast szukania rozwiązań. Jeszcze bardziej niepokoi jednak sposób, w jaki decyzji tej bronią najbliżsi współpracownicy głowy państwa. Zamiast rzeczowej dyskusji o skutkach weta usłyszeliśmy kolejną porcję politycznych oskarżeń i personalnych ataków.
Prezydent uzasadnił swoje stanowisko w sposób przewidywalny. Stwierdził: „Nie mogę zaakceptować rozwiązania, które prowadziłoby do utraty szczególnego statusu małżeństwa określonego w art. 18 Konstytucji RP. Definiuje on małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny.” To argument, który od lat pojawia się w debacie publicznej. Problem polega jednak na tym, że wielu konstytucjonalistów wskazuje, iż ochrona małżeństwa nie wyklucza jednoczesnego uregulowania sytuacji prawnej osób pozostających w innych trwałych związkach. Jedno nie musi oznaczać likwidacji drugiego.
Premier Donald Tusk nie krył rozczarowania decyzją prezydenta. „Jestem bardzo zły, bo to było absolutne minimum, na które wszyscy pracowaliśmy” – powiedział, podkreślając, że ustawa nie miała charakteru radykalnego ani ideologicznego. Jeszcze mocniej wybrzmiał jego wpis w mediach społecznościowych: „Prezydenckie weto to wyraz pogardy wobec ludzi i ich prawa do szczęścia i normalnego życia.”
Można spierać się o ostrość tych słów. Nie sposób jednak odmówić premierowi prawa do wskazania istoty problemu. Projekt nie odbierał nikomu istniejących praw ani nie zmieniał konstytucyjnej definicji małżeństwa. Miał natomiast rozwiązać konkretne problemy tysięcy ludzi żyjących w trwałych związkach, którzy każdego dnia napotykają bariery związane z dostępem do informacji medycznej, sprawami spadkowymi czy reprezentowaniem partnera w urzędach. Trudno uznać takie rozwiązania za zamach na rodzinę.
Jeszcze bardziej rozczarowuje reakcja szefa Kancelarii Prezydenta. Zbigniew Bogucki odpowiedział premierowi słowami: „Co do pogardy wobec Polaków, to nikt z Panem konkurować nie może.” Trudno potraktować tę wypowiedź jako próbę merytorycznej polemiki. Jest to raczej klasyczny przykład politycznej riposty, która ma wywołać emocje, lecz nie wnosi niczego do dyskusji o samym projekcie ustawy.
Bogucki poszedł zresztą znacznie dalej, zarzucając rządowi pogardę wobec kobiet, pracowników, pacjentów, wyborców i osób o odmiennych poglądach, a także oskarżając go o wykorzystywanie instytucji państwa do celów politycznych. Kulminacją tego wywodu było stwierdzenie: „Zatem to Pan przez swoją pogardę zabiera ludziom ich prawo do szczęścia i normalnego życia.” Problem polega na tym, że w całej tej wyliczance zabrakło odpowiedzi na najważniejsze pytanie: dlaczego osoby pozostające w wieloletnich związkach mają nadal pozostawać bez podstawowych gwarancji prawnych?
Tak prowadzona debata pokazuje szerszy problem polskiej polityki. Zamiast rozmowy o skutkach konkretnych przepisów coraz częściej obserwujemy festiwal wzajemnych oskarżeń. Każda ze stron przypisuje przeciwnikom najgorsze intencje, a miejsce argumentów zajmują efektowne hasła. W efekcie obywatele otrzymują polityczny spektakl, podczas gdy ich codzienne problemy pozostają nierozwiązane.
Donald Tusk przynajmniej jasno określił, jaki był cel ustawy – stworzenie minimalnych zabezpieczeń dla ludzi, którzy z różnych powodów nie pozostają w małżeństwie, ale prowadzą wspólne życie. Można dyskutować o szczegółach projektu, można proponować poprawki, można szukać kompromisu. Weto definitywnie zamyka jednak tę drogę, pozostawiając tysiące osób w tej samej sytuacji, w jakiej znajdowały się wcześniej.
Karol Nawrocki miał okazję pokazać, że jako prezydent potrafi być arbitrem, który waży różne racje i szuka rozwiązań możliwych do zaakceptowania przez szeroką część społeczeństwa. Zamiast tego zdecydował się na gest jednoznacznie wpisujący się w polityczny spór. Jeszcze bardziej szkodzi jednak ton przyjęty przez jego najbliższych współpracowników. Ataki personalne mogą mobilizować własny elektorat, ale nie budują autorytetu urzędu prezydenta.
W demokracji spory są nieuniknione. Jednak od najwyższych przedstawicieli państwa można oczekiwać czegoś więcej niż wymiany oskarżeń o „pogardę”. Obywatele oczekują przede wszystkim rozwiązywania realnych problemów. Tymczasem po tym wecie pozostaje przede wszystkim wrażenie, że polityczny konflikt ponownie okazał się ważniejszy od ludzi, których ta ustawa miała chronić.










