Jarosław Kaczyński zaapelował do swoich partyjnych kolegów o „chwilę oddechu i łyk zimnej wody”. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że adresatem tych słów powinien być przede wszystkim on sam. Bo obecny kryzys w Prawie i Sprawiedliwości nie spadł z nieba. Nie jest efektem nagłego buntu ani wyjątkowej złośliwości politycznych rywali. To konsekwencja modelu przywództwa, który Kaczyński budował przez ponad dwie dekady.
Od kilku dni opinia publiczna obserwuje otwartą wojnę między zwolennikami Mateusza Morawieckiego, skupionymi wokół stowarzyszenia „Rozwój Plus”, a politykami związanymi z Przemysławem Czarnkiem, Jackiem Sasinem, Tobiaszem Bocheńskim i Patrykiem Jakim. Zamiast dyskusji o programie, gospodarce czy bezpieczeństwie państwa, trwa festiwal wzajemnych oskarżeń i personalnych wycieczek. PiS coraz bardziej przypomina ugrupowanie zajęte wyłącznie sobą.
W tej sytuacji prezes partii napisał: „Apeluję do moich koleżanek i kolegów o chwilę oddechu i łyk zimnej wody. Wróg jest w innym miejscu, a widząc tego rodzaju publiczne dyskusje, zaciera ręce.” Brzmi to efektownie, ale trudno nie zauważyć, że największym przeciwnikiem PiS nie jest dziś żadna zewnętrzna siła. Jest nim system zarządzania stworzony przez samego Jarosława Kaczyńskiego.
Przez lata prezes budował partię opartą na bezwzględnej centralizacji. Najważniejsze decyzje zapadały w wąskim gronie, a polityczne kariery zależały przede wszystkim od zaufania lidera. Taki model dawał Kaczyńskiemu ogromną kontrolę, ale jednocześnie skutecznie tłumił otwartą debatę i naturalną wymianę poglądów. Gdy przez lata nie dopuszcza się do rzeczywistej dyskusji, konflikty nie znikają. One jedynie dojrzewają w ciszy, by w końcu wybuchnąć z podwójną siłą.
Dlatego dzisiejsze apele o jedność brzmią niewiarygodnie. To trochę tak, jakby strażak apelował o gaszenie pożaru, którego sam przez lata nie zauważał, choć podkładał drewno do ogniska. Kaczyński próbuje przedstawiać siebie jako arbitra stojącego ponad sporem. Tymczasem w publicystycznej ocenie można argumentować, że jest on przede wszystkim architektem systemu, który do tego sporu doprowadził.
Jeszcze bardziej wymowne są kolejne słowa prezesa: „W naszej partii są niestety tacy, którzy tę partię rozbijają i są tacy, którzy dążą do tego, by nasze środowisko trwało i umacniało się.” Problem polega na tym, że nie wskazuje, dlaczego ci pierwsi w ogóle zdobyli wpływy. Przecież nie pojawili się znikąd. To właśnie Jarosław Kaczyński przez lata decydował o tym, kto awansuje, kto obejmuje najważniejsze stanowiska i kto staje się twarzą partii.
Jeszcze niedawno PiS przedstawiał się jako monolit. Każdy przejaw wewnętrznej krytyki był marginalizowany albo uciszany. Dziś okazuje się, że pod powierzchnią jedności od dawna narastały ambicje, wzajemna nieufność i walka o schedę po liderze. To cena polityki, w której wszystko zależy od jednej osoby. Gdy autorytet tej osoby słabnie, cała konstrukcja zaczyna się chwiać.
Nieprzypadkowo prezes dodaje: „Tylko zjednoczeni wygramy, a Polska potrzebuje dzisiaj realnego planu naprawy i strategii rozwoju na przyszłość. Polacy nam nie wybaczą, jeśli zaprzepaścimy tę szansę.” Można jednak odwrócić tę logikę. Coraz więcej wyborców może uznać, że największą przeszkodą w odbudowie PiS jest właśnie sposób, w jaki partia była zarządzana przez ostatnie lata. Bo trudno mówić o strategii dla państwa, gdy całe ugrupowanie pochłania walka o wpływy.
Końcowe zapewnienie Kaczyńskiego, że „potrzebna jest tylko dobra wola i brak publicznych kłótni”, również nie rozwiązuje problemu. Publiczne kłótnie nie są przyczyną kryzysu, lecz jego skutkiem. Nie znikną tylko dlatego, że prezes zaapeluje o spokój. Nie da się przykryć głębokich podziałów kilkoma wpisami w mediach społecznościowych.
Dzisiejszy kryzys PiS jest więc czymś więcej niż kolejną partyjną awanturą. Jest politycznym rachunkiem wystawionym Jarosławowi Kaczyńskiemu za lata budowania ugrupowania podporządkowanego jednemu liderowi. Gdy zabrakło wspólnego celu i sukcesów wyborczych, na powierzchnię wypłynęły wszystkie napięcia, które przez lata zamiatano pod dywan. Łyk zimnej wody może ugasić pragnienie, ale nie ugasi pożaru, który tlił się w tej partii od dawna.










