Polityka bywa sztuką przewidywania, ale opiera się na analizie, faktach i ocenie nastrojów społecznych. Mariusz Błaszczak postanowił jednak pójść inną drogą. W rozmowie z TOK FM nie tylko przesądził przyszłość nowego środowiska Mateusza Morawieckiego, lecz także ogłosił jego polityczną śmierć, zanim partia zdążyła w ogóle powstać. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w Prawie i Sprawiedliwości zamiast chłodnej oceny sytuacji coraz częściej pojawia się wiara w polityczne gusła.
PiS przeżywa największy kryzys w swojej historii. Rozłam stał się faktem, kilkudziesięciu posłów opuszcza ugrupowanie, a były premier przygotowuje własny projekt polityczny. W takiej sytuacji można byłoby oczekiwać refleksji nad przyczynami porażki i prób zatrzymania dalszego rozpadu. Tymczasem szef klubu PiS zachowuje się tak, jakby wystarczyło wypowiedzieć kilka zaklęć, aby konkurencja po prostu zniknęła.
Błaszczak z przekąsem komentował zachowanie Mateusza Morawieckiego. „Kiedy prof. Czarnek w Kaliszu przedstawiał te postulaty, (…) Mateusz Morawiecki mówił o tym, że zorganizuje grilla 31 lipca. (…) Cała ta impreza miała być grillem, okazuje się, że będzie konwencją nowego podmiotu politycznego” – mówił. To złośliwość, która dobrze brzmi w radiowym studiu, ale nie odpowiada na najważniejsze pytanie: dlaczego w ogóle doszło do rozłamu?
Bo przecież nowa partia nie pojawia się znikąd. Jest efektem wielomiesięcznych napięć, konfliktów personalnych i utraty zaufania wewnątrz samego PiS. Zamiast zastanawiać się nad własną odpowiedzialnością za ten proces, Błaszczak woli kpić z politycznych przeciwników, którzy jeszcze niedawno byli jego najbliższymi współpracownikami.
Najbardziej zdumiewające były jednak prognozy szefa klubu PiS. Przedstawił trzy możliwe scenariusze dla środowiska Morawieckiego: drogę PJN, powrót przed wyborami albo całkowite zniknięcie ze sceny politycznej. Następnie oznajmił: „Ja sądzę, że najbardziej prawdopodobny jest ten trzeci scenariusz”. Dlaczego? „Dlatego, że nie ma miejsca na scenie politycznej dla kolejnej partii liberalnej.”
To brzmi bardziej jak polityczne wróżbiarstwo niż poważna analiza. Skąd ta pewność? Na jakich badaniach się opiera? Jakie dane wskazują, że nowa formacja nie ma szans? Błaszczak tego nie wyjaśnia. Po prostu ogłasza wyrok, jakby znał przyszłość.
Historia polskiej polityki uczy jednak pokory. Wielokrotnie słyszeliśmy, że jakaś partia nie ma żadnych szans, po czym zdobywała kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt procent głosów. Bywało również odwrotnie – ugrupowania uznawane za politycznych hegemonów w ciągu kilku miesięcy traciły poparcie i znikały z pierwszego planu. Demokracja nie działa według przepowiedni polityków, lecz według decyzji wyborców.
Co więcej, Błaszczak zdaje się zapominać, że to właśnie PiS przez lata korzystał z rozczarowania wyborców istniejącym układem politycznym. Gdyby w 2001 roku ktoś powiedział, że nowa partia braci Kaczyńskich nie ma miejsca na scenie politycznej, zapewne usłyszałby podobne argumenty. Tymczasem kilka lat później PiS przejął władzę. Dzisiaj jego liderzy odmawiają innym prawa do podobnych ambicji.
W tej wypowiedzi uderza jeszcze coś innego. Błaszczak nie analizuje programu przyszłego ugrupowania Morawieckiego, nie polemizuje z jego propozycjami i nie próbuje przekonać wyborców, że PiS ma lepszą ofertę. Ogranicza się do przepowiedni, że nowa partia zniknie. To wygodne, bo nie wymaga żadnej argumentacji. Wystarczy uwierzyć, że polityczna rzeczywistość sama dostosuje się do oczekiwań kierownictwa partii.
To właśnie przypomina polityczne gusła. Zamiast diagnozy – zaklęcie. Zamiast programu – życzeniowe myślenie. Zamiast odpowiedzi na pytanie, dlaczego PiS stracił kilkudziesięciu posłów, słyszymy zapewnienia, że konkurenci i tak przepadną. Problem polega na tym, że polityka nie jest magicznym rytuałem. Nie wystarczy ogłosić końca przeciwnika, aby rzeczywiście przestał istnieć.
Paradoksalnie słowa Błaszczaka mówią dziś więcej o kondycji PiS niż o przyszłości Mateusza Morawieckiego. Pokazują partię, która zamiast zmierzyć się z własnym kryzysem, próbuje zagłuszyć go efektownymi deklaracjami. To nie jest strategia zwycięzców, lecz ugrupowania, które coraz częściej wierzy nie w siłę własnych argumentów, lecz w moc politycznych przesądów. A wyborcy zwykle szybciej niż politycy dostrzegają różnicę między analizą rzeczywistości a zwykłym zaklinaniem świata.











