Jeszcze niedawno politycy Prawa i Sprawiedliwości przekonywali Polaków, że ich obóz rządził państwem w sposób odpowiedzialny, profesjonalny i oparty na ścisłej współpracy najważniejszych osób w państwie. Dziś sami burzą ten obraz. Słowa Jacka Sasina o tym, że kierownictwo PiS o przyjęciu kamieni milowych do Krajowego Planu Odbudowy dowiedziało się z mediów, są jednym z najbardziej kompromitujących wyznań, jakie padły z ust czołowego polityka tej partii.
„Ja się dowiedziałem o przyjęciu kamieni milowych z mediów. Członkowie kierownictwa partii dowiedzieli się z mediów” – powiedział Sasin. Jeżeli to prawda, oznacza to jedno z dwóch. Albo premier Mateusz Morawiecki prowadził negocjacje z Brukselą całkowicie poza wiedzą własnego zaplecza politycznego, albo dziś jego partyjni koledzy próbują przepisać historię, zrzucając na niego całą odpowiedzialność za niewygodne decyzje. W obu przypadkach obraz PiS jest fatalny.
Jeszcze bardziej wymowne są kulisy, które opisał były wicepremier. Po medialnych doniesieniach miało zostać zwołane specjalne posiedzenie kierownictwa pod przewodnictwem Jarosława Kaczyńskiego. Według Sasina Morawiecki został wtedy zapytany, „jak to się stało, że my nie jesteśmy poinformowani o tym, że tak fundamentalne decyzje w Unii Europejskiej zapadły”. A odpowiedzi – jak twierdzi polityk PiS – nie potrafił udzielić.
To nie jest drobna partyjna sprzeczka. Mówimy o decyzjach, które przez lata były jednym z głównych tematów polskiej polityki i miały ogromne znaczenie dla relacji z Unią Europejską oraz dla miliardów euro przeznaczonych dla Polski. Jeśli kierownictwo partii rzeczywiście nie wiedziało, co robi własny premier, to trudno mówić o sprawnym zarządzaniu państwem. Jeżeli natomiast wiedziało, a dziś udaje zaskoczenie, to mamy do czynienia z próbą politycznego wybielania własnej odpowiedzialności.
Najbardziej zaskakuje jednak postawa samego Sasina. Jeszcze kilka lat temu należał do najbliższych współpracowników Morawieckiego. Dzisiaj poucza byłego premiera z pozycji surowego recenzenta. „Mateusz, przestań utyskiwać, przestań cały czas zrzucać odpowiedzialność na innych. Byłeś premierem, miałeś możliwość działać” – mówi. Trudno nie odnieść wrażenia, że to spóźniona odwaga. Gdy zapadały decyzje, Sasin pozostawał członkiem rządu i jednym z najważniejszych polityków obozu władzy. Nie protestował publicznie, nie zrezygnował z funkcji, nie alarmował opinii publicznej. Dziś, kiedy PiS przeżywa głęboki kryzys, łatwo jest przedstawiać się jako człowiek, który od początku miał wątpliwości.
Z kolei Mateusz Morawiecki od miesięcy konsekwentnie próbuje budować narrację, według której wiele decyzji było wymuszonych przez otoczenie Jarosława Kaczyńskiego. Problem polega na tym, że jako premier przez lata brał za nie pełną odpowiedzialność. Nie można jednocześnie chwalić się sukcesami własnego gabinetu i odcinać od wszystkich porażek. Urząd premiera nie polega na wybieraniu wyłącznie wygodnych decyzji do politycznego życiorysu.
Cała ta wymiana ciosów pokazuje coś znacznie ważniejszego niż osobisty konflikt między Sasinem a Morawieckim. Pokazuje rozpad mitu o monolicie PiS. Partia, która przez lata budowała swój wizerunek na dyscyplinie i jednolitym przekazie, dziś prowadzi publiczny proces przeciwko samej sobie. Każdy kolejny wywiad przynosi nowe oskarżenia, nowe pretensje i kolejne próby przerzucenia odpowiedzialności.
Paradoks polega na tym, że w tej wojnie nikt nie wychodzi zwycięsko. Morawiecki traci wiarygodność jako były premier, który – według relacji własnych kolegów – nie potrafił wyjaśnić najważniejszych decyzji swojego rządu. Sasin wystawia świadectwo również sobie, przyznając, że był członkiem ścisłego kierownictwa partii, które nie kontrolowało fundamentalnych działań własnego gabinetu. A PiS jako całość pokazuje wyborcom obraz ugrupowania pogrążonego w chaosie, wzajemnych pretensjach i politycznych rozliczeniach.
Najbardziej uderza jednak coś jeszcze. Przez lata PiS przekonywał, że jego siłą jest odpowiedzialność, sprawczość i państwowy profesjonalizm. Dziś jego liderzy opowiadają historię, z której wynika, że o kluczowych decyzjach dowiadywali się z telewizji i portali internetowych. Jeżeli rzeczywiście tak wyglądało funkcjonowanie państwa pod rządami tej formacji, to nie jest to akt oskarżenia przeciwko jednemu premierowi. To akt oskarżenia przeciwko całemu systemowi władzy stworzonemu przez PiS.











