Rozpad Prawa i Sprawiedliwości ma wielu autorów, ale niewielu odegrało w nim równie symboliczną rolę jak Jacek Kurski. Paradoks polega na tym, że człowiek, którego dziś wielu polityków PiS oskarża o podsycanie wojny domowej, przez lata cieszył się ochroną samego Jarosława Kaczyńskiego. To nie przypadek ani polityczna pomyłka. To świadomy wybór prezesa, który od dawna uznawał brutalność za skuteczne narzędzie uprawiania polityki.
Najlepiej pokazują to słowa byłego rzecznika PiS Adama Hofmana. Wspominając rozmowę z Kaczyńskim o Jacku Kurskim, przytoczył niezwykle wymowną odpowiedź prezesa: „To jest taki zawodnik, którego lepiej mieć w namiocie, bo jak go masz w namiocie, to sika na zewnątrz, a nie daj Boże go wypuścisz, to nasika ci na poduszkę.” Trudno o bardziej dosadne wyznanie politycznej filozofii. Nie liczyły się charakter, standardy ani odpowiedzialność za słowo. Liczyła się użyteczność.
Ta wypowiedź mówi więcej o Jarosławie Kaczyńskim niż o samym Kurskim. Prezes PiS doskonale wiedział, z kim ma do czynienia. Nie był oszukiwany ani manipulowany. Wręcz przeciwnie – świadomie postawił na człowieka, którego największym atutem była gotowość do prowadzenia bezwzględnej wojny politycznej. Jeżeli przez lata tolerował takie metody, trudno dziś udawać zaskoczonego, że ich autor zwrócił się przeciwko własnemu środowisku.
Sam Hofman nie pozostawił złudzeń co do politycznej biografii byłego prezesa TVP. „To jest facet, który rozbił ROP, z LPR-u go wyrzucili za rozbijactwo, rozbił raz PiS, a pewnie ze dwa razy próbował. Dlaczego on zostaje?” – pytał. To pytanie powinno wybrzmieć znacznie szerzej. Bo skoro Kurski od lat miał opinię polityka konfliktowego, dlaczego nie tylko pozostawał w orbicie wpływów PiS, ale przez wiele lat należał do najważniejszych ludzi obozu władzy?
Odpowiedź jest niewygodna dla Kaczyńskiego. Kurski był potrzebny, dopóki atakował przeciwników. Jako prezes TVP stworzył machinę propagandową bez precedensu w historii III RP. Ostre podziały, brutalny język i nieustanne poszukiwanie wrogów stały się codziennością życia publicznego. Kierownictwu PiS to odpowiadało, ponieważ przynosiło polityczne korzyści. Problem pojawił się dopiero wtedy, gdy ta sama metoda została skierowana przeciwko ludziom z własnego obozu.
Najlepszym przykładem był atak Kurskiego na Mateusza Morawieckiego. Były prezes TVP oskarżył byłego premiera o realizację „niemieckiego planu podboju Europy” i udział w rozbijaniu PiS. Zarzut był tak absurdalny, że nawet kierownictwo partii uznało, iż przekroczono granicę. Efektem był zakaz wystąpień medialnych dla Kurskiego.
Tyle że taki ruch trudno uznać za przejaw odpowiedzialności. To raczej desperacka próba ugaszenia pożaru, który przez lata samemu się rozniecało. Nie można przez dekadę nagradzać polityka za agresję, a później udawać, że nagle stał się problemem. Kurski nie zmienił swoich metod. Zmienił jedynie adresatów swoich ataków.
Jeszcze bardziej wymowna jest końcowa uwaga Hofmana. „Jeśli ktoś powinien dostać order za rozbijanie prawicy i to od Niemiec, to powinien być to Kurski. I to nie Jarosław, tylko Jacek.” To oczywiście ironia, ale trafnie oddaje skalę zniszczeń. Człowiek, który miał być politycznym buldożerem PiS, stał się jednym z symboli jego rozpadu.
Nie oznacza to jednak, że całą odpowiedzialność można zrzucić na Kurskiego. Był on jedynie wykonawcą pewnego modelu polityki. Prawdziwy problem polega na tym, że Jarosław Kaczyński przez lata promował ludzi skutecznych w niszczeniu przeciwników, a znacznie mniej cenił tych, którzy potrafili budować trwałe instytucje i zdrowe relacje wewnątrz partii. W efekcie PiS coraz bardziej przypominał organizację opartą na strachu, lojalności wobec lidera i nieustannym poszukiwaniu zdrajców.
Dziś ten mechanizm obraca się przeciwko jego twórcy. Atmosfera podejrzeń, wzajemnych oskarżeń i personalnych rozliczeń doprowadziła do największego rozłamu w historii partii. Nie jest to dzieło jednego człowieka. To konsekwencja wieloletnich decyzji prezesa PiS, który uwierzył, że brutalność jest skuteczniejsza od odpowiedzialności.
Historia Jacka Kurskiego jest więc przede wszystkim historią Jarosława Kaczyńskiego. Bo polityk, którego – jak sam przyznał – lepiej było trzymać „w namiocie”, przez lata pozostawał tam wyłącznie dlatego, że gospodarz uznawał go za potrzebnego. Dzisiaj okazuje się, że człowiek, który miał pilnować obozu, stał się symbolem jego rozpadu. A odpowiedzialności za ten wybór nie da się już przerzucić na nikogo innego.










