Maciej Wąsik i Mariusz Kamiński postanowili wystąpić w roli sumienia Prawa i Sprawiedliwości. W chwili, gdy partia przeżywa największy kryzys od lat, apelują o jedność, potępiają „spory frakcyjne” i ostrzegają przed konsekwencjami rozłamu. Problem polega na tym, że trudno znaleźć mniej wiarygodnych autorów takich apeli. Obaj politycy przez lata należeli do najbliższego kierownictwa PiS i współtworzyli model funkcjonowania partii, który dziś rozpada się na ich oczach.
Maciej Wąsik przekonywał, że razem z Mariuszem Kamińskim „nigdy nie byliśmy zaangażowani w żadne stowarzyszenia, w żadne frakcje, w żadne koterie, staraliśmy się pracować państwowo”. To zdanie brzmi efektownie, ale trudno je pogodzić z polityczną rzeczywistością ostatnich lat. Wąsik i Kamiński nie byli szeregowymi posłami stojącymi z boku wewnętrznych sporów. Przez wiele lat należeli do ścisłego kierownictwa obozu władzy, pełnili kluczowe funkcje państwowe i współdecydowali o najważniejszych decyzjach politycznych.
Dlatego dzisiejsze odcinanie się od konfliktów przypomina próbę napisania własnej biografii od nowa. Nie można jednocześnie współtworzyć systemu i twierdzić, że nie miało się z nim nic wspólnego. Jeśli PiS doprowadził do sytuacji, w której kilkudziesięciu posłów opuszcza partię i zakłada własny klub parlamentarny, odpowiedzialność ponoszą również ci, którzy przez lata należeli do jego najbliższego kierownictwa.
Jeszcze bardziej zaskakujące są słowa Wąsika o tym, że wraz z Kamińskim „nie akceptujemy tych sporów frakcyjnych, nie akceptujemy kłótni, nie akceptujemy podziału”. Gdzie jednak byli wtedy, gdy w PiS podpisywano lojalki, gdy eliminowano niewygodnych polityków, gdy wewnętrzne konflikty rozstrzygano metodą siły, a nie rozmowy? Trudno uwierzyć, że dopiero dziś odkryli, iż podziały są czymś szkodliwym.
Najbardziej charakterystyczne jest jednak to, że w ich wypowiedziach niemal nie ma miejsca na refleksję nad własnymi błędami. Zamiast tego pojawia się dobrze znany argument, że najważniejsze jest odsunięcie Donalda Tuska od władzy. „Wyborcy oczekują od nas pracy na rzecz odsunięcia Donalda Tuska od władzy” – mówi Wąsik. To wygodny sposób na ucieczkę od odpowiedzialności. Skoro istnieje zewnętrzny przeciwnik, nie trzeba odpowiadać na pytania o własne decyzje, własne błędy ani o przyczyny największego rozłamu w historii partii.
Tymczasem obecny kryzys nie został wywołany przez Donalda Tuska. Nie stworzyła go Koalicja Obywatelska ani opozycja. Powstał wewnątrz PiS jako efekt wieloletnich napięć, walki o sukcesję po Jarosławie Kaczyńskim oraz modelu zarządzania, który premiował bezwzględną lojalność wobec lidera zamiast otwartej dyskusji. Wąsik i Kamiński byli częścią tego systemu od samego początku.
Szczególnie wymowne jest zdanie: „Dorobek tego rządu jest ogromny i będziemy go bronić.” Oczywiście każdy polityk ma prawo oceniać własne rządy pozytywnie. Jednak obrona dorobku nie może oznaczać przemilczania błędów. To właśnie brak gotowości do krytycznej oceny własnych działań doprowadził PiS do obecnego stanu. Zamiast wyciągać wnioski, kierownictwo partii od lat utwierdzało się w przekonaniu, że wszystkie problemy są wynikiem działań przeciwników.
Na końcu Wąsik ostrzegł: „Wyborcy nam nie darują, jeśli doprowadzimy do sytuacji, że Donald Tusk uzyska następną kadencję.” To zdanie dobrze pokazuje sposób myślenia części polityków PiS. Nie chodzi o refleksję nad tym, dlaczego wyborcy odwracają się od partii. Nie chodzi o odbudowę zaufania ani zmianę metod działania. Najważniejsze pozostaje wskazanie politycznego przeciwnika jako głównego punktu odniesienia.
Paradoks polega na tym, że właśnie takie podejście doprowadziło PiS do obecnego kryzysu. Partia przez lata koncentrowała się na mobilizowaniu własnego elektoratu przeciwko kolejnym wrogom, zaniedbując rozmowę o własnych słabościach. Dziś, gdy konflikt wybuchł wewnątrz samego ugrupowania, ten mechanizm przestał działać.
Maciej Wąsik i Mariusz Kamiński próbują dziś występować jako politycy stojący ponad frakcjami. Trudno jednak uwierzyć w tę rolę. Byli współautorami systemu, który opierał się na ścisłej dyscyplinie, centralizacji władzy i bezwarunkowej lojalności wobec kierownictwa. Gdy system zaczął się rozpadać, zaczęli apelować o jedność, jakby nie mieli z jego budową nic wspólnego.
Największą słabością ich przekazu jest właśnie brak odpowiedzialności. Łatwo mówić o zgodzie i wspólnocie, kiedy partia traci wpływy i posłów. Znacznie trudniej przyznać, że obecny kryzys jest konsekwencją decyzji podejmowanych przez lata również z ich udziałem. Bez takiego rozliczenia apele o jedność pozostaną jedynie politycznym sloganem.










