Jarosław Kaczyński przez lata uchodził za jednego z najskuteczniejszych strategów polskiej polityki. Potrafił budować sojusze, przejmować inicjatywę i narzucać przeciwnikom własne tempo gry. Dziś jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że tamten polityk odszedł już do historii. Lider PiS coraz bardziej sprawia wrażenie człowieka zamkniętego we własnym świecie, przekonanego, że wystarczy powtórzyć stare zaklęcia, aby odzyskać władzę.
Problem polega na tym, że rzeczywistość zmieniła się szybciej niż Jarosław Kaczyński.
Rozpad Prawa i Sprawiedliwości jest tego najlepszym dowodem. Czterdzieści osób zdecydowało się odejść do klubu Mateusza Morawieckiego „Rozwój Plus”. Jeszcze kilka lat temu taki scenariusz wydawał się niemożliwy. PiS uchodził za partię żelaznej dyscypliny, w której sprzeciw wobec prezesa oznaczał polityczny koniec. Dziś sam obóz Kaczyńskiego pęka na oczach wyborców.
Mimo to z otoczenia prezesa nadal płyną komunikaty, jakby nic wielkiego się nie wydarzyło.
Rzecznik PiS Rafał Bochenek zapewnia, że Jarosław Kaczyński „stara się zrobić wszystko, aby doprowadzić do jedności po stronie patriotów”. Dodaje również, że prezes „rozmawia z różnymi liderami różnych środowisk patriotycznych”, a „w najbliższych miesiącach będziemy prezentować porozumienia”.
Brzmi to efektownie. Tylko że coraz mniej wiarygodnie.
Bo jak mówić o jednoczeniu patriotów, skoro nie udało się utrzymać jedności we własnej partii? Jak przekonywać do nowych sojuszy, skoro najbliżsi współpracownicy uznali, że przyszłości dla siebie muszą szukać poza PiS? Trudno znaleźć bardziej wymowny sygnał politycznego kryzysu.
Jeszcze bardziej zaskakuje próba przedstawienia Mateusza Morawieckiego jako polityka pozbawionego instynktu. Bochenek stwierdził, że były premier „dokonał rozłamu” i działał „bez instynktu samozachowawczego”. Tymczasem fakty są takie, że to właśnie kierownictwo PiS doprowadziło do sytuacji, w której kilkudziesięciu parlamentarzystów uznało dalsze funkcjonowanie w partii za niemożliwe.
Najłatwiej oskarżyć tych, którzy odchodzą. Znacznie trudniej zadać sobie pytanie, dlaczego odchodzą.
Jeszcze niedawno Jarosław Kaczyński uchodził za polityka, który bezbłędnie wyczuwał nastroje społeczne. Dziś wygląda raczej na człowieka przekonanego, że świat nadal funkcjonuje według reguł sprzed dziesięciu czy piętnastu lat. Tymczasem Polska stoi przed wyzwaniami, których nie rozwiąże ani kolejne hasło o „obozie patriotycznym”, ani następna konferencja prasowa poświęcona partyjnym rozliczeniom.
Polacy oczekują odpowiedzi na pytania dotyczące bezpieczeństwa, gospodarki, nowych technologii, ochrony zdrowia i starzejącego się społeczeństwa. Chcą wiedzieć, jak będzie wyglądał rynek pracy za dekadę, jak zwiększyć konkurencyjność polskiej gospodarki i jak zapewnić państwu bezpieczeństwo w coraz bardziej niestabilnym świecie.
Zamiast tego obserwują polityków zajętych przede wszystkim sobą.
Najbardziej niepokoi jednak to, że kierownictwo PiS zdaje się nie dostrzegać skali własnego kryzysu. Zamiast poważnej refleksji pojawiają się kolejne deklaracje o przyszłych porozumieniach i nieuchronnym zwycięstwie. Rafał Bochenek przekonuje nawet, że Jarosław Kaczyński „jest pragmatykiem, realistą i człowiekiem niezwykle doświadczonym”, który „ma ten instynkt polityczny”, a zwycięstwo jest „w zasięgu ręki”.
Problem polega na tym, że polityczny instynkt poznaje się nie po wspomnieniach dawnych sukcesów, lecz po umiejętności dostrzegania nowych realiów. A właśnie z tym Jarosław Kaczyński wydaje się mieć dziś największy problem.
Rozpad własnego obozu, utrata pozycji największego klubu parlamentarnego i narastający konflikt z dawnymi współpracownikami nie są oznakami politycznej siły. Są sygnałem, że pewna epoka dobiega końca.
Być może największym błędem prezesa PiS jest przekonanie, że wystarczy odwoływać się do dawnych emocji, aby odzyskać dawną pozycję. Historia pokazuje jednak coś zupełnie innego. Partie polityczne przegrywają nie wtedy, gdy brakuje im haseł, lecz wtedy, gdy ich liderzy przestają rozumieć rzeczywistość.
I właśnie dlatego można odnieść wrażenie, że Jarosław Kaczyński nie tylko stracił kontrolę nad własnym obozem. Stracił również kontakt z polityczną rzeczywistością, która zmienia się znacznie szybciej, niż jest gotów to przyznać.










