W polityce można długo żyć opowieścią. Można budować wokół siebie aurę człowieka ściganego przez mroczne siły, sugerować istnienie tajemniczych spisków i kreować własną biografię na serię heroicznych prób. Problem zaczyna się wtedy, gdy na scenę wkracza prokurator. Bo prokuratura nie zajmuje się legendami. Zajmuje się dowodami.
Karol Nawrocki przez wiele miesięcy pozwalał, by wokół wydarzeń z kampanii wyborczej narastała atmosfera sensacji. W książce prof. Andrzeja Nowaka Skąd się wziął Karol Nawrocki? opisał dramatyczny incydent po spotkaniu z wyborcami w Ząbkowicach Śląskich. – „Jakby ktoś wyłączył mi organizm” – wspominał. Mówił o utracie świadomości. Współpracownicy opowiadali o wymiotach i drgawkach, a jeden z nich miał stwierdzić, że był przekonany, iż kandydat nie przeżyje.
Najmocniej wybrzmiały jednak sugestie dotyczące otrucia. Nawrocki mówił, że od początku kampanii ochrona ostrzegała go, iż „nie powinien całować kobiet w rękę”, bo może zostać podtruty, oraz że „prędzej czy później coś takiego może się wydarzyć”. W przestrzeni publicznej natychmiast pojawiły się domysły o zamachu na życie kandydata. Dla wielu zwolenników była to niemal gotowa odpowiedź, zanim jeszcze padło jakiekolwiek pytanie.
Dziś jednak zaczyna się etap znacznie mniej widowiskowy. Prokuratura Okręgowa w Świdnicy wszczęła śledztwo. I właśnie ten fakt powinien ostudzić emocje. Śledczy nie ogłosili, że doszło do otrucia. Nie potwierdzili istnienia żadnej trucizny ani działania sprawców. W swoim komunikacie napisali jedynie, że dotychczasowe czynności „nie wykluczyły” określonego przebiegu wydarzeń, dlatego sprawa wymaga dalszego wyjaśnienia.
To fundamentalna różnica, której w polityce często nie chce się dostrzegać.
Śledztwo nie jest potwierdzeniem wersji wydarzeń przedstawionej przez polityka. Jest dopiero próbą jej zweryfikowania. O tym, czy rzeczywiście podano niebezpieczną substancję, zadecydują ekspertyzy, zeznania świadków i materiał dowodowy, a nie medialne spekulacje czy polityczne emocje.
Przez ostatnie lata polska polityka nauczyła się funkcjonować w świecie wielkich narracji. Zamiast faktów pojawiały się sugestie. Zamiast dowodów – emocje. Każda niewyjaśniona sytuacja błyskawicznie stawała się elementem opowieści o wielkim spisku. To wygodne politycznie, bo trudno dyskutować z czymś, co opiera się przede wszystkim na przypuszczeniach.
Właśnie dlatego obecne śledztwo może okazać się niewygodne dla wszystkich, którzy już dawno ogłosili, że wiedzą, co się wydarzyło. Jeżeli prokuratura nie znajdzie dowodów na próbę otrucia, cała misternie budowana narracja zacznie się rozpadać. Zostanie fakt nagłego pogorszenia stanu zdrowia – poważnego, wymagającego wyjaśnienia – ale niekoniecznie potwierdzającego polityczne hipotezy.
W demokratycznym państwie prawa nie wystarczy powiedzieć: „ktoś chciał mnie otruć”. Tak poważne oskarżenie wymaga równie poważnych dowodów. Tym bardziej gdy dotyczy urzędującego prezydenta i wydarzeń, które mogły mieć wpływ na przebieg kampanii wyborczej.
Nie oznacza to oczywiście, że incydent należy bagatelizować. Wręcz przeciwnie. Jeżeli doszło do przestępstwa, sprawcy powinni zostać wykryci i ukarani. Ale równie ważne jest to, by nie dopisywać faktów, których śledztwo jeszcze nie ustaliło.
Polska polityka potrzebuje dziś mniej legend, a więcej odpowiedzialności za słowo. Sensacyjne opowieści świetnie sprzedają książki i budują medialne zainteresowanie. Znacznie gorzej sprawdzają się jako materiał dowodowy.
Dlatego właśnie można powiedzieć, że kończy się czas politycznych bajek o otruciu. Nie dlatego, że znamy już odpowiedź. Przeciwnie – dlatego, że odpowiedzi dopiero będzie szukać prokuratura. A kiedy zapadną ustalenia oparte na dowodach, okaże się, ile było w tej historii faktów, a ile jedynie politycznej narracji.










