W polskiej polityce coraz częściej można odnieść wrażenie, że niektórzy politycy są gotowi powiedzieć wszystko, byle tylko utrzymać uwagę najbardziej radykalnej części elektoratu. Merytoryczna debata ustępuje miejsca coraz ostrzejszym hasłom, a odpowiedzialność za słowo przegrywa z politycznym marketingiem. Jednym z najbardziej wyrazistych przykładów tej tendencji jest Przemysław Czarnek.
Poseł PiS od miesięcy coraz chętniej sięga po retorykę, która w sprawach dotyczących Ukrainy brzmi zaskakująco podobnie do przekazów od dawna wykorzystywanych przez rosyjską propagandę. Oczywiście można i należy rozmawiać o trudnych kartach historii, o zbrodni wołyńskiej czy kulcie Stepana Bandery na Ukrainie. Nie wolno jednak zapominać, że Polska prowadzi tę dyskusję w zupełnie innych realiach niż jeszcze kilka lat temu. Za naszą wschodnią granicą trwa wojna, a Rosja od początku swojej agresji wykorzystuje historyczne spory do osłabiania solidarności państw wspierających Kijów.
Dlatego słowa polityków mają dziś szczególne znaczenie.
Europoseł Koalicji Obywatelskiej Krzysztof Brejza nie pozostawił na Przemysławie Czarnku suchej nitki. We wpisie w serwisie X napisał: „Populisto. Złóż mandat posła do polskiego Sejmu, startuj do ruskiej dumy. Dwa tygodnie temu apelowałeś o zaprzestanie uzbrajania ukraińskiej OPL przez UE”. To niezwykle mocne słowa, ale warto zastanowić się, skąd bierze się tak ostra reakcja.
Brejza przypomniał również swój wcześniejszy wpis z 13 lipca: „Jak tym bezideowym populistom z badań wyjdzie, że muszą tłuc się z Braunem o najbardziej radykalnych rusopopulistów – to Czarnek z Kaczyńskim zacznie wzywać do dozbrajania Federacji Rosyjskiej”. Choć jest to niewątpliwie polityczna hiperbola, trafia w sedno problemu. Coraz częściej bowiem część polskiej prawicy zdaje się traktować politykę zagraniczną nie jako obszar odpowiedzialności za bezpieczeństwo państwa, lecz jako kolejne pole walki o kilka punktów procentowych w sondażach.
Niepokoi zwłaszcza to, że przekaz ten zaczyna przypominać narrację ugrupowań otwarcie kontestujących zachodnią pomoc dla Ukrainy. Krytykowanie konkretnych decyzji władz w Kijowie jest czym innym niż podważanie sensu wspierania państwa, które od ponad czterech lat odpiera rosyjską agresję. W interesie Polski leży bowiem to, by rosyjska armia pozostawała jak najdalej od naszej granicy. To nie jest kwestia sympatii wobec ukraińskich polityków, lecz elementarna kalkulacja bezpieczeństwa.
Przemysław Czarnek doskonale wie, że hasła o „banderyzmie” budzą emocje. Wie również, że radykalne wypowiedzi szybko rozchodzą się w mediach społecznościowych i mobilizują najbardziej ideowych wyborców. Problem polega na tym, że odpowiedzialny polityk powinien myśleć nie tylko o kolejnym viralowym nagłówku, ale również o konsekwencjach swoich słów dla pozycji Polski na arenie międzynarodowej.
Historia uczy, że Rosja od dziesięcioleci wykorzystuje wszelkie spory między sąsiadami do realizacji własnych interesów. Kreml nie musi nikogo przekonywać do swoich racji, jeśli politycy demokratycznych państw sami zaczynają wzmacniać przekaz prowadzący do podziałów. Dlatego każda publiczna wypowiedź dotycząca Ukrainy powinna być formułowana z wyjątkową rozwagą.
Można nie zgadzać się z Krzysztofem Brejzą w wielu sprawach. Można uznać, że jego wpis był zbyt emocjonalny. Trudno jednak odmówić mu jednego – zwrócił uwagę na realny problem. Granica między patriotyzmem a populizmem bywa cienka, ale istnieje. Patriotyzm polega na wzmacnianiu bezpieczeństwa własnego państwa. Populizm polega na mówieniu tego, co w danej chwili najlepiej brzmi w uszach najbardziej radykalnych wyborców.
Polska potrzebuje dziś polityków odpowiedzialnych, a nie licytacji na coraz ostrzejsze hasła. Bezpieczeństwo kraju nie może stać się zakładnikiem kampanii wyborczych ani walki o medialny rozgłos. W czasach wojny za naszą granicą słowa ważą więcej niż kiedykolwiek wcześniej. I właśnie dlatego warto odróżniać odważną debatę od niebezpiecznej politycznej gry.










