Kryzys migracyjny w hiszpańskiej Ceucie jest dramatem o wielu wymiarach. Tysiące ludzi próbują przedostać się z Maroka do hiszpańskiej eksklawy, kolejne ciała wyławiane są z morza, a hiszpańskie służby i wojsko próbują opanować sytuację. To problem bezpieczeństwa, ale także ogromny kryzys humanitarny i wyzwanie dla całej Unii Europejskiej.
W takich chwilach politycy powinni proponować rozwiązania oparte na rozsądku i współpracy międzynarodowej. Przemysław Czarnek po raz kolejny wybrał jednak drogę efektownego hasła.
„To czyste szaleństwo. Inwazja. Hiszpanię trzeba zawiesić w Strefie Schengen” – napisał kandydat PiS na premiera. Na pierwszy rzut oka brzmi to zdecydowanie. Problem polega na tym, że po chwili zastanowienia okazuje się propozycją bardziej propagandową niż realną. Co gorsza, jej realizacja uderzyłaby nie tyle w hiszpański rząd, ile w miliony zwykłych Europejczyków, w tym przede wszystkim Polaków.
To właśnie jest największa słabość polityki uprawianej przez Czarnka. Im bardziej radykalne hasło, tym mniejsze znaczenie mają jego rzeczywiste konsekwencje.
Strefa Schengen nie jest przecież nagrodą dla poszczególnych rządów ani instrumentem służącym do politycznego karania państw. To jeden z fundamentów swobodnego przemieszczania się w Europie. Każde jej ograniczenie oznaczałoby powrót kontroli granicznych, utrudnienia dla przedsiębiorców, przewoźników, turystów, studentów i setek tysięcy Polaków pracujących lub podróżujących po kontynencie.
Jeśli więc ktoś proponuje zawieszenie Hiszpanii w Schengen, powinien uczciwie powiedzieć również, że oznaczałoby to ogromne komplikacje dla obywateli innych państw Unii.
Nie tylko Hiszpanie odczuliby skutki takiej decyzji.
Polacy, którzy każdego roku podróżują do Hiszpanii, prowadzą tam interesy lub pracują sezonowo, również zapłaciliby cenę za polityczne pomysły Czarnka. Dłuższe kontrole, większe koszty transportu, utrudnienia logistyczne i kolejne bariery administracyjne nie uderzyłyby w handlarzy ludźmi ani mafie przemytnicze. Uderzyłyby w zwykłych ludzi.
To paradoks populizmu. Polityk przekonuje wyborców, że działa w ich interesie, a jednocześnie proponuje rozwiązania, których pierwszymi ofiarami byliby właśnie oni.
Warto zauważyć, że sama Hiszpania nie pozostaje bierna. Rząd wysłał do Ceuty wojsko, rozpoczął działania wraz z Guardia Civil, uzgodnił z Marokiem „jak najszybszą” repatriację osób, które nielegalnie przekroczyły granicę, a Komisja Europejska zaoferowała wsparcie agencji Frontex. Premier Pedro Sánchez zapowiedział osobistą wizytę w Ceucie.
Można dyskutować, czy te działania są wystarczające. Można krytykować tempo reakcji lub skuteczność służb. Ale twierdzenie, że jedyną odpowiedzią powinno być zawieszenie Hiszpanii w Schengen, brzmi bardziej jak slogan wyborczy niż poważna propozycja polityczna.
Przemysław Czarnek od dawna buduje swój wizerunek na prostych, ostrych komunikatach. Świat w jego narracji dzieli się na dobrych i złych, patriotów i zdrajców, obrońców Europy i tych, którzy rzekomo chcą ją zniszczyć. Taka retoryka dobrze wygląda w mediach społecznościowych. Znacznie gorzej sprawdza się jednak wtedy, gdy trzeba rozwiązywać rzeczywiste problemy.
Kryzys migracyjny nie zniknie dlatego, że ktoś napisze na portalu X słowo „inwazja”. Nie ustanie również dlatego, że padnie wezwanie do zawieszenia jednego z największych państw Unii Europejskiej w Schengen. Wręcz przeciwnie – osłabienie współpracy europejskiej mogłoby utrudnić wspólne działania przeciwko nielegalnej migracji.
Europa potrzebuje dziś skuteczniejszej ochrony granic zewnętrznych, sprawniejszych procedur deportacyjnych, walki z przemytnikami ludzi oraz lepszej współpracy państw członkowskich. Żaden z tych celów nie zostanie osiągnięty dzięki politycznym okrzykom.
Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego. Coraz częściej politycy tacy jak Przemysław Czarnek proponują rozwiązania, których kosztów sami nie poniosą. Zapłacą za nie obywatele – kierowcy ciężarówek stojący godzinami na granicach, przedsiębiorcy tracący pieniądze przez opóźnienia, turyści, studenci programu Erasmus i miliony Europejczyków korzystających z jednej z największych zdobyczy integracji europejskiej.
Łatwo rzucić hasło. Znacznie trudniej przewidzieć jego konsekwencje. A odpowiedzialna polityka zaczyna się właśnie tam, gdzie kończą się efektowne slogany.










