Rosyjska rakieta, która spadła w okolicach Lublina, pozostawiła po sobie nie tylko lej w ziemi. Pozostawiła również pytania, na które polska polityka od lat nie potrafi udzielić przekonujących odpowiedzi. Jak skutecznie chroniona jest polska przestrzeń powietrzna? Czy system reagowania działa tak, jak powinien? I dlaczego po kolejnych podobnych incydentach społeczeństwo wciąż słyszy przede wszystkim wzajemne oskarżenia polityków?
Najłatwiej byłoby całą odpowiedzialność przerzucić na obecny rząd. Tak właśnie robią dziś politycy Prawa i Sprawiedliwości, przekonując, że państwo zawiodło, a służby zareagowały zbyt późno. Problem polega jednak na tym, że pamięć w polityce nie powinna kończyć się na ostatnich kilkunastu miesiącach.
Przez osiem lat za bezpieczeństwo Polski odpowiadał właśnie PiS.
To w tym czasie partia Jarosława Kaczyńskiego miała pełnię władzy, kontrolowała rząd, Ministerstwo Obrony Narodowej, większość parlamentarną i dysponowała rekordowymi środkami na modernizację armii. To wtedy zapowiadano budowę „najsilniejszej armii Europy”, wielkie zakupy uzbrojenia oraz stworzenie systemu, który miał skutecznie chronić polskie niebo.
Jeżeli dziś kolejne incydenty rodzą pytania o skuteczność wykrywania zagrożeń, przepływu informacji czy procedur reagowania, trudno udawać, że odpowiedzialność spoczywa wyłącznie na obecnych władzach.
Bezpieczeństwo państwa nie buduje się w ciągu kilku miesięcy.
To proces liczony w latach. Systemy obrony przeciwlotniczej, radary, centra dowodzenia, procedury współpracy między wojskiem, służbami i administracją cywilną powstają długo i wymagają konsekwencji niezależnie od tego, kto akurat sprawuje władzę. Dlatego właśnie osiem lat rządów PiS powinno dziś być przedmiotem równie wnikliwej oceny jak działania obecnego gabinetu.
Nie sposób również zapomnieć o wcześniejszych incydentach. Polska opinia publiczna pamięta przypadek rosyjskiej rakiety odnalezionej dopiero po wielu miesiącach w lesie pod Bydgoszczą. Wówczas również pojawiły się pytania o skuteczność systemów wykrywania oraz przepływ informacji pomiędzy odpowiedzialnymi instytucjami. Tamta sprawa pokazała, że problemy nie zaczęły się wczoraj.
Mimo to politycy PiS coraz częściej zachowują się tak, jakby historia zaczęła się dopiero po utracie przez nich władzy.
To wygodne politycznie, ale ma niewiele wspólnego z uczciwą oceną sytuacji.
Nie oznacza to oczywiście, że obecny rząd powinien być zwolniony z odpowiedzialności. Jeżeli zawiodły procedury, należy je poprawić. Jeżeli reakcja służb była niewystarczająca, trzeba wyciągnąć wnioski. Państwo ma obowiązek zapewnić obywatelom bezpieczeństwo bez względu na to, kto zasiada w ławach rządowych.
Jednak równie ważne jest rozliczenie wieloletnich zaniedbań.
Przez lata politycy PiS chętnie organizowali konferencje prasowe przy nowym sprzęcie wojskowym, prezentowali kolejne kontrakty i składali ambitne deklaracje. Wizerunek silnego państwa był jednym z fundamentów ich politycznej narracji. Tym większy kontrast widać dziś, gdy kolejne incydenty pokazują, że nowoczesny sprzęt to tylko jeden z elementów bezpieczeństwa. Równie istotne są sprawne procedury, skuteczna koordynacja i zdolność do szybkiego reagowania.
To właśnie tych elementów nie da się zastąpić konferencjami prasowymi ani efektownymi sloganami.
Lej pod Lublinem powinien stać się impulsem do poważnej debaty o stanie polskiej obronności. Debaty pozbawionej partyjnych emocji i wzajemnych oskarżeń. Jeżeli kolejne incydenty mają czegokolwiek nauczyć klasę polityczną, to przede wszystkim tego, że bezpieczeństwo narodowe nie może być narzędziem bieżącej walki wyborczej.
Największym błędem byłoby jednak udawanie, że wszystkie problemy pojawiły się dopiero po zmianie rządu. Osiem lat to wystarczająco dużo czasu, aby stworzyć sprawnie działający system ochrony przestrzeni powietrznej. Jeżeli dziś okazuje się, że system ten nadal budzi poważne wątpliwości, odpowiedzialność spoczywa również na tych, którzy przez niemal dekadę obiecywali, że uczynią Polskę bezpieczniejszą niż kiedykolwiek wcześniej.
Polityczne hasła przemijają. Leje po rakietach pozostają. I przypominają, że bezpieczeństwa państwa nie mierzy się liczbą konferencji ani siłą partyjnej propagandy, lecz skutecznością instytucji w chwili prawdziwej próby.










