Prawo i Sprawiedliwość po raz pierwszy od wielu lat wygląda jak partia, która przestała walczyć o władzę, a zaczęła walczyć przede wszystkim o własne przekonania. Odejście Mateusza Morawieckiego i jego środowiska nie oznacza wyłącznie utraty kilkudziesięciu posłów. Oznacza przede wszystkim, że z kierownictwa PiS zniknęło ostatnie liczące się skrzydło próbujące przekonywać Polaków językiem gospodarki, inwestycji i sprawnego państwa. Można było Morawieckiego krytykować niemal za wszystko – i często słusznie – ale przynajmniej rozumiał, że wybory wygrywa się również w centrum. Dzisiaj w PiS centrum praktycznie przestało istnieć.
W jego miejsce pojawili się politycy, którzy od lat żyją z konfliktu. Nie proponują nowej wizji Polski. Nie próbują odpowiedzieć na pytania o demografię, konkurencyjność gospodarki, kryzys finansów publicznych czy miejsce Polski w zmieniającym się świecie. Ich paliwem jest nieustanny spór, a ich najważniejszym narzędziem – mobilizacja własnych zwolenników poprzez wzmacnianie poczucia oblężonej twierdzy.
Najbardziej wymownym symbolem tej zmiany jest Antoni Macierewicz. Trudno znaleźć w III Rzeczypospolitej polityka, który przez tyle lat równie konsekwentnie budował swoją pozycję na narracjach wywołujących skrajne emocje. To właśnie on stał się głównym promotorem tezy o zamachu smoleńskim, mimo że oficjalne ustalenia państwowych komisji badających katastrofę nie potwierdziły takiego scenariusza. Przez lata zapowiadał przełomowe dowody, kolejne odkrycia i ostateczne rozstrzygnięcia. Efekt? Polska nie stała się ani odrobinę bezpieczniejsza, za to spór wokół Smoleńska jeszcze głębiej podzielił społeczeństwo.
Katastrofa z 10 kwietnia 2010 roku była jedną z największych tragedii we współczesnej historii Polski. Zamiast stać się momentem narodowej refleksji, przez lata pozostawała narzędziem politycznej mobilizacji. Antoni Macierewicz odegrał w tym procesie rolę pierwszoplanową. Dla swoich zwolenników był strażnikiem prawdy. Dla krytyków – politykiem, który uczynił z narodowej tragedii fundament wieloletniej kampanii politycznej. Niezależnie od ocen jedno jest pewne: to właśnie z takim stylem uprawiania polityki jest dziś kojarzony PiS.
Jeszcze kilka lat temu Jarosław Kaczyński potrafił utrzymywać w partii pewną równowagę. Obok radykałów funkcjonowali politycy odpowiedzialni za gospodarkę, administrację i kontakty z umiarkowanym elektoratem. Dzisiaj tej równowagi praktycznie nie ma. Odeszli ludzie próbujący mówić językiem pragmatyzmu. Pozostali ci, którzy najlepiej odnajdują się w polityce emocji.
To właśnie dlatego obecne PiS coraz bardziej przypomina ugrupowanie zamknięte we własnym świecie. Każda porażka tłumaczona jest spiskiem, każda krytyka – atakiem przeciwników, a każdy sukces konkurentów – manipulacją. W takiej atmosferze niezwykle trudno prowadzić poważną debatę o państwie. Zamiast rozmawiać o podatkach, inwestycjach, innowacjach czy bezpieczeństwie, uwaga opinii publicznej po raz kolejny kierowana jest na kolejne odsłony politycznej wojny.
Paradoks tej sytuacji polega na tym, że PiS odnosił największe sukcesy właśnie wtedy, gdy potrafił wyjść poza własną bańkę. W 2015 roku nie wygrał dlatego, że był najbardziej radykalny. Wygrał dlatego, że przekonał miliony umiarkowanych wyborców, iż będzie sprawnie zarządzał państwem. Dzisiaj trudno odnaleźć w partii ludzi zdolnych powtórzyć tamten sukces. Znacznie łatwiej znaleźć tych, którzy doskonale potrafią mobilizować już przekonanych.
Jarosław Kaczyński może uważać, że po rozłamie jego partia stała się bardziej zwarta. Być może rzeczywiście tak jest. Tyle że zwartość nie jest tym samym co zdolność wygrywania wyborów. Partie przegrywają nie wtedy, gdy brakuje im najbardziej wiernych zwolenników. Przegrywają wtedy, gdy przestają rozumieć ludzi spoza własnego środowiska.
Po odejściu Mateusza Morawieckiego twarzą PiS nie jest już polityk próbujący mówić o rozwoju gospodarczym czy nowoczesnym państwie. Twarzą partii stają się ludzie kojarzeni przede wszystkim z wieloletnimi politycznymi krucjatami, ostrą retoryką i radykalnymi narracjami. To nie jest kosmetyczna zmiana personalna. To zmiana filozofii całego ugrupowania. A historia demokracji pokazuje, że partie, które oddają ster najbardziej nieprzejednanym frakcjom, bardzo często kończą jako głośna, lecz coraz mniej wpływowa opozycja.










