Jeszcze kilka dni temu Mateusz Morawiecki mógł sprawiać wrażenie polityka, który po rozstaniu z PiS rozpoczął nowy etap swojej kariery z wiatrem w żaglach. Powstanie Rozwoju Plus przedstawiano jako świeży początek, próbę stworzenia bardziej nowoczesnej prawicy i odejścia od wewnętrznych wojen, które od lat paraliżują obóz Jarosława Kaczyńskiego. Jednak polityka ma to do siebie, że okres ulgowego traktowania trwa krótko. Najwyraźniej kończy się właśnie polityczny „miesiąc miodowy” byłego premiera.
Najlepszym dowodem są pytania, które jeszcze niedawno zapewne w ogóle by nie padły. Dziennikarzy nie zainteresowały wielkie wizje ani deklaracje ideowe, lecz rzecz znacznie bardziej przyziemna – kto zapłacił za grilla zorganizowanego przez stowarzyszenie Rozwój Plus.
Morawiecki odpowiedział: „Było finansowane przez tych, którzy złożyli się na stowarzyszenie Rozwój Plus, ponieważ impreza była realizowana w ramach społecznych działań członków stowarzyszenia”. Dodał również, że wydarzenie miało integrować ludzi z różnych środowisk i nie było „zarzewiem konfliktu”.
Sam fakt zadania takiego pytania jest jednak politycznie znaczący. Jeszcze niedawno Morawiecki był przedstawiany jako polityk, który po odejściu z PiS ma szansę zbudować nową jakość na prawicy. Dziś zaczyna być traktowany dokładnie tak samo, jak każdy inny lider – z rosnącą podejrzliwością wobec finansowania, organizacji i zaplecza politycznego swoich przedsięwzięć.
To naturalna konsekwencja. Przez lata Morawiecki był jednym z najważniejszych ludzi obozu Zjednoczonej Prawicy. Kierował rządem, dysponował ogromnym aparatem państwa, uczestniczył w podejmowaniu najważniejszych decyzji i firmował swoim nazwiskiem politykę PiS. Trudno więc oczekiwać, że po zmianie politycznych barw opinia publiczna nagle zapomni o tej odpowiedzialności i zacznie traktować go jak zupełnie nową postać.
Problem Morawieckiego polega na czymś jeszcze. Próbuje jednocześnie odciąć się od PiS i zachować jego elektorat. To niezwykle trudna operacja. Z jednej strony musi przekonywać wyborców, że reprezentuje zmianę. Z drugiej nie może zbyt mocno krytykować własnej przeszłości, bo oznaczałoby to przyznanie, że przez osiem lat uczestniczył w błędach, które dziś rzekomo chce naprawiać.
Nic więc dziwnego, że zamiast dyskusji o nowych rozwiązaniach coraz częściej pojawiają się pytania o wiarygodność. Bo wiarygodność buduje się nie deklaracjami, lecz konsekwencją. A tej w przypadku byłego premiera wielu wyborców zwyczajnie nie dostrzega.
Morawiecki podkreślał, że na pikniku „pojawiały się osoby, które naprawdę były po różnych stronach barykady”. Mówił również o obecności młodych i starszych, mieszkańców wielkich miast i małych miejscowości oraz przedsiębiorców i pracowników. Taki opis ma budować obraz szerokiego ruchu społecznego. Problem w tym, że polityczne pikniki nie zastąpią programu, a starannie dobrane kadry nie zastąpią odpowiedzi na pytania o przyszłość.
Politycy często wierzą, że dobra atmosfera wydarzeń i efektowne zdjęcia wystarczą do zbudowania nowej marki. Historia pokazuje jednak coś przeciwnego. Wyborcy prędzej czy później zaczynają pytać o konkrety: kto finansuje działalność, jakie są cele, kto podejmuje decyzje i czym nowa formacja naprawdę różni się od starej.
To właśnie dzieje się dziś z Rozwojem Plus. Zainteresowanie przestało wynikać z samego faktu powstania nowego ugrupowania. Zaczęła się faza weryfikacji. A ta bywa znacznie mniej przyjemna niż entuzjastyczne konferencje prasowe.
Morawiecki przekonuje, że chce otwierać nowy rozdział polskiej prawicy. Problem polega na tym, że coraz częściej zamiast rozmawiać o przyszłości musi tłumaczyć się z teraźniejszości. To sygnał, że polityczny kredyt zaufania szybko się wyczerpuje. Miesiąc miodowy najwyraźniej dobiega końca, a były premier przekonuje się, że poza ochronnym parasolem PiS każde wydarzenie, każda decyzja i każdy wydatek będą oceniane z dużo większą surowością niż jeszcze kilka tygodni temu.










