Najtrudniejszym momentem w życiu każdej partii politycznej nie jest przegrana wyborcza. Prawdziwy kryzys zaczyna się dopiero wtedy, gdy jej działacze uświadamiają sobie, że kolejna porażka przestaje być wyjątkiem, a staje się najbardziej prawdopodobnym scenariuszem. Właśnie w takim momencie wydaje się dziś znajdować Prawo i Sprawiedliwość.
Jeszcze kilka miesięcy temu wielu polityków tej partii przekonywało, że powrót do władzy jest kwestią czasu. Wystarczy przeczekać trudniejszy okres, wykorzystać błędy rządu i zmobilizować własny elektorat. Dziś ta pewność siebie wyraźnie słabnie. Rozłam z udziałem Mateusza Morawieckiego nie tylko osłabił PiS organizacyjnie. Przede wszystkim podważył wiarę we własną niezwyciężoność.
To właśnie wiara była przez lata największym kapitałem tej partii.
Politycy PiS mogli się spierać, rywalizować o wpływy i stanowiska, ale łączyło ich przekonanie, że znajdują się po właściwej stronie historii i wcześniej czy później znów będą rządzić. Takie przeświadczenie cementuje każdą organizację. Łatwiej znosić konflikty, gdy na horyzoncie widać perspektywę zwycięstwa.
Co jednak dzieje się wtedy, gdy ta perspektywa zaczyna się oddalać?
W polityce działa prosta zasada. Im bliżej wyborów i im gorsze prognozy dla partii, tym więcej osób zaczyna myśleć nie o wspólnym sukcesie, lecz o własnej przyszłości. Nie chodzi już o to, kto zostanie ministrem. Pojawia się znacznie bardziej przyziemne pytanie: czy w ogóle uda się zdobyć mandat?
Dla wielu posłów jest to kwestia fundamentalna. Parlament to nie tylko miejsce sprawowania funkcji publicznej, ale również centrum ich aktywności zawodowej. Utrata mandatu oznacza konieczność rozpoczęcia zupełnie nowego etapu życia.
Właśnie dlatego rozłam w PiS może mieć skutki znacznie poważniejsze niż sama utrata kilkudziesięciu parlamentarzystów. Odejście części polityków wysłało czytelny sygnał do tych, którzy pozostali: partia nie jest już monolitem, a scenariusz kolejnej porażki przestał być polityczną fantazją.
Coraz trudniej również ignorować zmieniającą się rzeczywistość. Po latach dominacji Jarosława Kaczyńskiego PiS po raz pierwszy sprawia wrażenie ugrupowania, które bardziej reaguje na wydarzenia, niż je kreuje. Zamiast narzucać tematy debaty publicznej, coraz częściej odpowiada na ruchy konkurentów i próbuje gasić kolejne kryzysy.
To nie jest pozycja, z której zwykle wygrywa się wybory.
Jeszcze ważniejsze wydaje się jednak coś innego. W PiS przez lata funkcjonowało przekonanie, że miejsce na listach wyborczych praktycznie gwarantuje mandat. Wysokie poparcie partii sprawiało, że nawet mniej rozpoznawalni kandydaci mogli liczyć na parlamentarną karierę.
Jeżeli jednak poparcie spada, a dodatkowo pojawia się konkurencja po tej samej stronie sceny politycznej, sytuacja diametralnie się zmienia. Mandat przestaje być pewnikiem. Każde miejsce na liście nabiera ogromnej wartości, a wewnętrzna rywalizacja staje się coraz ostrzejsza.
Można odnieść wrażenie, że właśnie ten proces zaczyna się w PiS. Zamiast myślenia o przejęciu władzy pojawia się myślenie o politycznym przetrwaniu. Dla jednych będzie to walka o dobre miejsce na liście. Dla innych – próba znalezienia nowego politycznego zaplecza. Jeszcze inni mogą dojść do wniosku, że warto zakończyć karierę, zanim wyborcy zrobią to za nich.
Oczywiście polityka zna wiele niespodzianek. Do wyborów pozostało jeszcze trochę czasu i żadnego wyniku nie można przesądzać z góry. Historia pokazuje, że kampanie potrafią zmieniać nastroje społeczne, a partie wielokrotnie wracały do gry mimo wcześniejszych problemów.
Nie zmienia to jednak faktu, że obecna sytuacja PiS różni się od wszystkich wcześniejszych kryzysów. Tym razem partia nie walczy wyłącznie z przeciwnikami politycznymi. Musi zmierzyć się także z własnymi podziałami, zmęczeniem długoletnim przywództwem oraz pytaniami o przyszłość po Jarosławie Kaczyńskim.
Być może właśnie dlatego wśród wielu polityków tej formacji zaczyna pojawiać się świadomość, że najbliższe wybory nie będą marszem po odzyskanie władzy. Mogą okazać się przede wszystkim walką o zachowanie politycznej przyszłości. A dla części obecnych posłów – ostatnią kampanią parlamentarną w życiu.










