Największym zwycięzcą rozłamu w Prawie i Sprawiedliwości nie musi być wcale Mateusz Morawiecki. Paradoksalnie może nim okazać się obecna koalicja rządząca. Nie dlatego, że nagle zyska nowych wyborców, ale dlatego, że jej najgroźniejszy konkurent właśnie rozpoczął proces, z którego niezwykle trudno będzie się wydostać.
Historia polityki pokazuje prostą prawidłowość. Partie potrafią przegrywać wybory i wracać do władzy. Znacznie trudniej odbudować obóz, który podzielił się na kilka konkurujących ze sobą ugrupowań. Zwłaszcza wtedy, gdy ich liderzy nie tylko rywalizują o ten sam elektorat, lecz także obciążają się wzajemnie odpowiedzialnością za wcześniejsze porażki.
To właśnie dzieje się dziś na polskiej prawicy.
Jeszcze do niedawna wyborca o konserwatywnych poglądach miał stosunkowo prosty wybór. Główną siłą pozostawało Prawo i Sprawiedliwość, a pozostałe ugrupowania odgrywały rolę drugoplanową. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Obok PiS pojawia się ugrupowanie Mateusza Morawieckiego. Swoją pozycję utrzymuje Konfederacja. Nie można wykluczyć kolejnych inicjatyw środowisk prawicowych.
Im więcej takich projektów, tym mniejsze szanse na stworzenie stabilnej większości parlamentarnej.
Zwolennicy prawicy często odpowiadają, że po wyborach wszystkie te ugrupowania po prostu utworzą wspólny rząd. Brzmi logicznie. Problem polega na tym, że polityka nie opiera się wyłącznie na matematyce sejmowej.
Koalicje tworzą ludzie.
A ludzie, którzy przez wiele miesięcy prowadzą przeciwko sobie brutalną kampanię, oskarżają się o zdradę, niekompetencję czy niszczenie wspólnego dorobku, niezwykle rzadko potrafią następnego dnia usiąść przy jednym stole i zgodnie rządzić.
To właśnie jest największy problem projektu Mateusza Morawieckiego. Aby zdobyć wyborców, będzie musiał przekonywać, że to PiS odpowiada za obecny kryzys prawicy. Jarosław Kaczyński będzie z kolei dowodził, że to Morawiecki rozbił partię i osłabił cały obóz. Konfederacja zapewne będzie krytykować obu konkurentów, przedstawiając siebie jako jedyną autentyczną alternatywę.
Po takiej kampanii zaufanie praktycznie przestaje istnieć.
Nawet jeśli po wyborach arytmetyka wskaże możliwość stworzenia większości, pozostanie pytanie znacznie trudniejsze: kto miałby zostać premierem? Jarosław Kaczyński? Mateusz Morawiecki? Kto objąłby najważniejsze resorty? Kto ustępowałby komu?
To nie są techniczne szczegóły. To właśnie na takich sporach rozpadają się koalicje.
Warto przypomnieć, że nawet znacznie mniej skonfliktowane ugrupowania miały ogromne problemy z utrzymaniem jedności. Historia polskiej polityki pełna jest przykładów koalicji, które rozsypywały się pod ciężarem ambicji liderów i personalnych konfliktów. Tymczasem przyszły prawicowy sojusz musiałby powstać z co najmniej czterech ugrupowań, które już dziś prowadzą wobec siebie wyjątkowo ostrą walkę.
Trudno wyobrazić sobie bardziej ryzykowną konstrukcję.
Co więcej, sam fakt istnienia nowej partii Morawieckiego zmieni logikę politycznej rywalizacji. Dotychczas PiS walczył przede wszystkim z Donaldem Tuskiem. Teraz będzie musiał jednocześnie bronić własnego elektoratu przed byłymi współpracownikami. Znaczna część energii zostanie skierowana do wewnątrz obozu zamiast przeciwko politycznym konkurentom.
To prezent dla obecnej większości parlamentarnej.
Największą siłą PiS przez dwie dekady była zdolność do skupienia niemal całego elektoratu prawicy wokół jednej partii. Nawet jeśli pojawiały się mniejsze ugrupowania, ostatecznie to Kaczyński pozostawał naturalnym liderem całego obozu. Rozłam z udziałem Mateusza Morawieckiego kończy ten model. Od tej chwili walka będzie toczyć się nie tylko między prawicą a lewicą czy centrum, ale również wewnątrz samej prawicy.
A taka wojna zwykle trwa długo.
Oczywiście polityka potrafi zaskakiwać. Nie można wykluczyć, że po pewnym czasie emocje opadną, a wspólny interes okaże się silniejszy od wzajemnych pretensji. Dziś jednak nic na to nie wskazuje. Wręcz przeciwnie – pierwsze wypowiedzi obu stron pokazują, że konflikt ma charakter nie tylko programowy, ale przede wszystkim osobisty.
Jeżeli tak pozostanie, nowa partia Mateusza Morawieckiego może okazać się wydarzeniem o znaczeniu znacznie większym niż kolejny rozłam w PiS. Może na wiele lat zmienić układ sił po prawej stronie sceny politycznej. Nie dlatego, że sama zdobędzie władzę, lecz dlatego, że skutecznie uniemożliwi jej zdobycie innym.
Bywa, że największe polityczne porażki nie wynikają z siły przeciwników. Rodzą się z własnych podziałów. I właśnie z takim momentem polska prawica wydaje się dziś mierzyć.










