Jest w polskiej polityce zjawisko równie przewidywalne jak jesienne deszcze. Gdy wpływowy polityk odchodzi z partii, dawni koledzy nagle przypominają sobie wszystko to, o czym przez lata milczeli. Tak właśnie wygląda dziś sytuacja w Prawie i Sprawiedliwości po rozstaniu z Mateuszem Morawieckim. Jeszcze niedawno był przedstawiany jako wybitny premier, człowiek sukcesu i przyszłość obozu Zjednoczonej Prawicy. Dziś coraz więcej polityków PiS przekonuje, że właściwie od dawna wiedzieli, iż jego rządy były pasmem błędów.
Najciekawsze jest jednak to, że podobne opinie zaczynają pojawiać się nawet w mediach, które przez lata uchodziły za życzliwe wobec PiS. Trudno o bardziej wymowny sygnał niż fakt, że także tam pobrzmiewa ironia wobec nagłej fali rozliczeń z byłym premierem.
Nawet „Do Rzeczy” zauważa, że „już w dniu owego słynnego rozpoczęcia wychodzenia Mateusza Morawieckiego z PiS dało o sobie znać to, co od tamtej pory z każdym dniem przybiera na sile”. Chodzi o zjawisko wręcz komiczne. Nagle politycy partii rządzącej przez osiem lat zaczęli odzyskiwać pamięć. Okazuje się, że Morawiecki „popełnił błędy, i to całkiem sporo błędów, i to wcale niemałych, a nawet wręcz ogromnych błędów”. Trudno nie zapytać: skoro były one tak gigantyczne, dlaczego nikt nie mówił o nich wtedy, gdy premier sprawował władzę?
Przecież Mateusz Morawiecki nie rządził sam. Każda strategiczna decyzja zapadała za zgodą kierownictwa PiS, a najważniejsze z nich były konsultowane z Jarosławem Kaczyńskim. Ministrowie, posłowie i partyjni publicyści przez lata przekonywali Polaków, że kraj rozwija się znakomicie, że wszystko zmierza we właściwym kierunku i że premier jest gwarancją stabilności.
Dzisiaj ci sami ludzie próbują stworzyć wrażenie, jakby Morawiecki był samotnym sprawcą wszystkich niepowodzeń. To wygodne politycznie, ale kompletnie niewiarygodne.
Jeszcze bardziej uderza tempo tej przemiany. Jeszcze kilka tygodni temu każdy, kto krytykował byłego premiera, był oskarżany o działanie przeciwko Polsce. Dzisiaj identyczne zarzuty formułują politycy PiS. Różnica polega jedynie na tym, że teraz Morawiecki nie jest już potrzebny.
To pokazuje głębszy problem tej formacji. PiS od lat nie potrafi przyznać się do własnych błędów wtedy, gdy jest na to czas. Rozliczenia następują dopiero wtedy, gdy ktoś opuszcza szeregi partii. Wówczas dawny bohater staje się wygodnym kozłem ofiarnym, na którego można zrzucić odpowiedzialność za wszystko, co poszło nie tak.
Paradoks polega na tym, że taka strategia uderza również w sam PiS. Skoro bowiem – jak dziś twierdzą jego politycy – Morawiecki rzeczywiście popełnił „gigantyczne błędy”, to kto przez lata go wspierał? Kto głosował za jego projektami? Kto przekonywał Polaków, że jest najlepszym premierem? Odpowiedź jest oczywista: całe kierownictwo partii.
Nie da się więc jednocześnie twierdzić, że Morawiecki był katastrofą, i udawać, że PiS nie ponosi za to żadnej odpowiedzialności. To próba napisania historii od nowa, tyle że wyborcy mają dobrą pamięć. Pamiętają konferencje prasowe, partyjne zjazdy, kampanie wyborcze i niekończące się pochwały pod adresem premiera.
Dlatego szczególnie wymowny jest fakt, że nawet w mediach sprzyjających PiS pojawia się ironiczny dystans wobec tej nagłej amnezji. Trudno bowiem nie dostrzec groteski w sytuacji, gdy politycy przez lata zgodnym chórem wychwalali swojego lidera, by po jego odejściu przekonywać, że od dawna wiedzieli o wszystkich jego błędach.
PiS znalazł się dziś w pułapce własnej narracji. Jeśli Morawiecki był rzeczywiście tak złym premierem, kompromituje to ludzi, którzy przez lata wynosili go na piedestał. Jeżeli natomiast nie był aż tak fatalny, obecne ataki są zwykłym politycznym oportunizmem. W obu przypadkach cierpi wiarygodność całej formacji.
Najbardziej cierpi jednak jakość debaty publicznej. Polityka powinna opierać się na odpowiedzialności i konsekwencji. Tymczasem w PiS coraz częściej obowiązuje zasada, że prawda zmienia się wraz z układem sił w partii. Wczoraj bohater, dziś winowajca. Wczoraj najlepszy premier, dziś autor „gigantycznych błędów”. Trudno o lepszy dowód, że największy kryzys PiS nie dotyczy sondaży, lecz wiarygodności.










