Partia możne przegrać wybory, stracić władzę, a nawet rozpaść się na kilka konkurujących ze sobą ugrupowań. Najgroźniejsze jest jednak coś innego – utrata kontaktu z rzeczywistością. Ostatnie wypowiedzi polityków Prawa i Sprawiedliwości pokazują, że właśnie z takim zjawiskiem mamy dziś do czynienia. Partia Jarosława Kaczyńskiego nie tylko przeżywa najpoważniejszy kryzys od lat, ale najwyraźniej próbuje przekonać samą siebie, że katastrofa jest w istocie wielkim sukcesem.
Najlepszym przykładem są słowa rzecznika dyscyplinarnego PiS Karola Karskiego. Na antenie TOK FM przekonywał on, że odejście Mateusza Morawieckiego i jego środowiska wcale nie osłabi partii. Wręcz przeciwnie. – „PiS uwolnione od Mateusza Morawieckiego niczym spławik wyskoczy do góry w sondażach. Będziemy mieć 36 proc., a może nawet więcej” – zapewniał.
Trudno o bardziej wymowny przykład politycznego myślenia życzeniowego.
Jeszcze kilka miesięcy temu Mateusz Morawiecki był przecież jednym z najważniejszych polityków PiS. Przez lata pełnił funkcję premiera, prowadził kampanie wyborcze, był przedstawiany jako przyszłość obozu Zjednoczonej Prawicy i człowiek, który ma zapewnić partii kolejne zwycięstwa. Teraz nagle okazuje się, że jego odejście ma być receptą na spektakularny wzrost poparcia. Jeśli wierzyć tej logice, największym sukcesem PiS powinno być… dalsze kurczenie się własnych szeregów.
To przypomina sytuację, w której drużyna piłkarska po utracie najlepszego napastnika ogłasza, że teraz będzie strzelała dwa razy więcej bramek. Optymizm jest godny podziwu, ale z rzeczywistością ma niewiele wspólnego.
Najbardziej uderza jednak coś innego. Wypowiedź Karskiego pada w momencie, gdy PiS przeżywa otwarty rozłam. Powstaje nowy klub parlamentarny Rozwój Plus, kolejni politycy deklarują odejście, inni zastanawiają się nad swoją przyszłością, a kierownictwo partii prowadzi postępowania dyscyplinarne wobec własnych działaczy. Sam Karski przyznaje, że każdy przypadek będzie analizowany indywidualnie, bo część parlamentarzystów uważa się nadal za członków PiS, a część już nie.
Czy naprawdę wygląda to na ugrupowanie, które za chwilę ma zdobywać 36 procent poparcia?
Problem PiS polega na tym, że zamiast zastanowić się nad przyczynami kryzysu, jego liderzy próbują przekonywać wyborców, że rozpad jest dowodem siły. To odwracanie logiki. Każda partia polityczna traci na wewnętrznych wojnach, publicznych kłótniach i wzajemnych oskarżeniach. Wyborcy oczekują stabilności, przewidywalności i zdolności do rządzenia. Jeśli ugrupowanie nie potrafi utrzymać jedności we własnych szeregach, trudno uwierzyć, że będzie skutecznie zarządzać państwem.
Jeszcze bardziej zaskakuje całkowite ignorowanie politycznych faktów. Sondaże od miesięcy pokazują, że PiS ma poważne problemy z odbudową dawnego poparcia. Pojawienie się nowych ugrupowań po prawej stronie sceny politycznej oznacza większą konkurencję o tego samego wyborcę, a nie automatyczny wzrost notowań największej partii opozycyjnej. Historia pokazuje raczej, że rozłamy osłabiają ugrupowania, a nie czynią je silniejszymi.
Można odnieść wrażenie, że kierownictwo PiS zamknęło się we własnej bańce informacyjnej. Tam każda porażka staje się sukcesem, każdy rozłam dowodem oczyszczenia, a każda utrata wpływowych polityków zapowiedzią triumfalnego powrotu do władzy. Problem polega na tym, że wyborcy żyją poza tą bańką. Widzą chaos, konflikty personalne i niekończące się wojny frakcyjne.
Oczywiście każda partia ma prawo wierzyć w swoje zwycięstwo. Optymizm jest w polityce potrzebny. Istnieje jednak cienka granica między wiarą we własne możliwości a całkowitym oderwaniem od rzeczywistości. Słowa Karola Karskiego zdają się tę granicę przekraczać.
PiS nie potrzebuje dziś opowieści o „spławiku”, który nagle wystrzeli w górę. Potrzebuje uczciwej odpowiedzi na pytanie, dlaczego partia, która jeszcze niedawno rządziła samodzielnie, rozpadła się na zwaśnione obozy. Dopóki jej liderzy będą przekonywać, że każda kolejna porażka jest w istocie zwycięstwem, dopóty będą przede wszystkim bujać w obłokach. A polityka ma to do siebie, że prędzej czy później boleśnie sprowadza marzycieli na ziemię.










