Co kilka miesięcy polska prawica przeżywa ten sam spektakl. Pojawia się nowe wydarzenie, nowa partia albo nowy polityczny projekt, a związani z PiS publicyści natychmiast ogłaszają początek wielkiego odrodzenia. Tym razem rolę zbawcy powierzono Prawu i Sprawiedliwości, które – według nich – po rozłamie ma wyjść z kryzysu silniejsze niż kiedykolwiek. Problem polega na tym, że więcej w tych analizach wiary niż chłodnej oceny rzeczywistości.
Autor cytowanego tekstu przekonuje, że „PiS kładziono do grobu już wielokrotnie. Za każdym razem grabarze in spe wychodzili na idiotów. Tym razem może być tak samo”. Brzmi efektownie, ale nie jest to argument. To raczej zaklęcie, mające przekonać czytelników, że historia zawsze musi się powtarzać. Tymczasem polityka nie zna gwarancji. Partie, które przez lata dominowały scenę polityczną, nieraz traciły znaczenie szybciej, niż ich sympatycy byli w stanie to zauważyć.
Jeszcze bardziej uderza pewność siebie, z jaką autor odrzuca kolejne sondaże. Owszem, badania opinii publicznej bywają omylne. Ale jeśli przez wiele tygodni pokazują ten sam kierunek – spadek poparcia dla PiS i rosnącą fragmentację prawicy – warto przynajmniej zastanowić się nad przyczynami. Zamiast tego słyszymy, że wszystko jest elementem gry „salonu”, który rzekomo próbuje wmówić wyborcom nieuchronny upadek partii Jarosława Kaczyńskiego.
To wygodna narracja. Każdy niekorzystny sondaż staje się dowodem spisku, a każda krytyczna opinia – efektem działania bliżej nieokreślonych elit. W ten sposób nie trzeba odpowiadać na najważniejsze pytania: dlaczego PiS traci wyborców i dlaczego na prawicy pojawiają się nowe środowiska próbujące zagospodarować rozczarowanych sympatyków tej partii?
Szczególnie zaskakuje fragment, w którym autor przekonuje, że „PiS wciąż jest najpotężniejszym intelektualnie i programowo środowiskiem na prawicy”. To odważna teza, ale trudno ją poprzeć konkretnymi faktami. Osiem lat rządów PiS pozostawiło po sobie ogromny dorobek polityczny, ale również wiele nierozwiązanych problemów i liczne błędy. Jeśli partia rzeczywiście dysponuje dziś tak imponującym zapleczem programowym, to dlaczego nie potrafi zatrzymać odpływu własnych działaczy ani odzyskać zaufania części wyborców?
Jeszcze bardziej zadziwia zachwyt nad partyjnym aparatem. Autor z dumą opisuje, że „PiS bardzo mocno pracuje w terenie”, a struktury są „nastrajane i oliwione”. Tyle że dobrze naoliwiona machina organizacyjna nie zastąpi wiarygodności. Wyborcy coraz częściej oczekują nowych pomysłów, świeżych twarzy i odpowiedzi na problemy przyszłości. Samo rozlepianie plakatów czy organizowanie spotkań nie wystarczy, jeśli przekaz nie trafia do ludzi.
Podobnie wygląda opowieść o Przemysławie Czarnku. Według autora to polityk „wyszydzany, lekceważony”, który dzięki swojej pracowitości ma odwrócić losy całej formacji. Cytowany jest również Jacek Karnowski, który twierdzi, że aktywność Czarnka „budzi szacunek”. Oczywiście ciężka praca zasługuje na uznanie, ale polityka nie jest konkursem na najbardziej zapracowanego uczestnika. O sukcesie decyduje zdolność przekonywania obywateli, budowania większości i odpowiadania na ich realne oczekiwania.
Największy problem tego rodzaju publicystyki polega jednak na czymś innym. Zamiast analizować rzeczywistość, próbuje ją zaklinać. Każda niekorzystna informacja zostaje zignorowana albo wyjaśniona spiskiem przeciwników. Każdy sukces konkurencji okazuje się chwilową modą. Każda porażka PiS ma być jedynie etapem prowadzącym do kolejnego triumfu.
Takie podejście jest wygodne dla wiernych sympatyków partii, ale fatalne dla jakości debaty publicznej. Rolą publicysty nie jest bowiem podnoszenie morale własnego obozu, lecz możliwie uczciwa diagnoza sytuacji. Jeśli zamiast analizy pojawia się propaganda, czytelnik otrzymuje nie opis rzeczywistości, lecz polityczną bajkę.
Historia uczy, że największym zagrożeniem dla każdej partii nie są przeciwnicy, lecz własne złudzenia. Publicyści związani z PiS zdają się wierzyć, że wystarczy ignorować niewygodne fakty, by one zniknęły. Tymczasem wyborcy bywają znacznie bardziej trzeźwi od komentatorów. To oni ostatecznie zweryfikują wszystkie prognozy – i może się okazać, że nie ci, którzy ostrzegali przed kryzysem, „bujali w obłokach”, lecz właśnie ci, którzy do ostatniej chwili przekonywali, że wszystko zmierza we właściwym kierunku.










