Jeszcze kilka tygodni temu można było mieć nadzieję, że rozstanie Jarosława Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego będzie przebiegało według dobrze znanego scenariusza: kilka uszczypliwości, kilka konferencji prasowych, trochę politycznych deklaracji i stopniowe budowanie nowych obozów. Dziś wiadomo już, że nic z tego. Rozpad Prawa i Sprawiedliwości przybiera coraz bardziej brutalną formę, a kolejne dni przypominają nie tyle spór polityczny, ile wyniszczającą wojnę domową.
Co szczególnie znamienne, dostrzegają to już nie tylko przeciwnicy PiS, lecz także publicyści od lat życzliwie patrzący na środowisko Jarosława Kaczyńskiego. W komentarzu opublikowanym w tygodniku „Do Rzeczy” Paweł Lisicki nie pozostawia złudzeń. Jak zauważa, „jeśli ktoś wierzył w aksamitny rozwód Jarosława Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego, to musiał się szybko rozczarować”. Trudno o trafniejsze podsumowanie obecnej sytuacji.
Lisicki dodaje, że zamiast spokojnego rozstania obserwujemy „coś, co przypomina karczemną bójkę”. To porównanie nie jest przesadzone. Wystarczy posłuchać wypowiedzi polityków i dawnych propagandystów obozu Zjednoczonej Prawicy. Jeszcze niedawno wspólnie przekonywali Polaków o jedności prawicy i konieczności obrony państwa przed rzekomymi zagrożeniami. Dziś oskarżają się o zdradę, spiski i działanie na rzecz politycznych przeciwników.
Najbardziej spektakularnym przykładem był występ Jacka Kurskiego. Były prezes TVP stwierdził, że Mateusz Morawiecki „realizuje niemiecki plan podboju Europy”. Jakby tego było mało, przekonywał również, że mamy do czynienia z „ordynarną akcją na zlecenie Tuska, rozbicia jedynej realnej machiny politycznej i wyborczej, która może odebrać im władzę”.
To nie są zwykłe polityczne uszczypliwości. To oskarżenia z gatunku najcięższych, podważające patriotyzm i lojalność człowieka, który przez lata był twarzą rządu PiS. Jeśli dziś Morawiecki przedstawiany jest jako wykonawca niemieckiego planu i polityczny agent Donalda Tuska, to pojawia się oczywiste pytanie: kto przez lata uczynił go premierem, liderem kampanii wyborczych i kandydatem na przyszłego przywódcę prawicy?
I właśnie tutaj pojawia się problem Jarosława Kaczyńskiego. Nawet jeśli – jak zauważa Lisicki – w lawinie zarzutów wobec Morawieckiego można dostrzec jakieś „racjonalne jądro”, to polityczne skutki tej ofensywy uderzają przede wszystkim w prezesa PiS. Trudno bowiem przekonać wyborców, że człowiek przez lata przedstawiany jako najwybitniejszy premier III RP nagle okazał się politykiem realizującym interesy przeciwników.
To kompromitacja całego systemu doboru kadr w PiS. Albo Morawiecki rzeczywiście był politykiem godnym zaufania i obecne oskarżenia są desperacką próbą jego zniszczenia. Albo przeciwnie – jeśli zarzuty są prawdziwe, oznaczałoby to, że Jarosław Kaczyński przez lata powierzał najważniejsze funkcje państwowe człowiekowi, którego dziś jego własne środowisko oskarża o działanie przeciwko partii. W obu przypadkach polityczny rachunek wypada dla PiS fatalnie.
Jeszcze bardziej niepokoi poziom emocji. W miejsce sporu o program, wizję państwa czy gospodarki pojawiły się insynuacje, teorie spiskowe i oskarżenia o zdradę. To język, który może skutecznie mobilizować najbardziej radykalny elektorat, ale jednocześnie odstrasza wyborców oczekujących powagi i odpowiedzialności.
Nieprzypadkowo nawet komentatorzy bliscy prawicy zaczynają bić na alarm. Gdy publicysta „Do Rzeczy” opisuje sytuację jako „karczemną bójkę”, oznacza to, że kryzys przestał być wyłącznie problemem medialnym. Stał się faktem politycznym, którego nie da się już przykryć kolejnymi konferencjami prasowymi ani apelami o jedność.
Rozpad PiS wszedł w nową fazę. To już nie kontrolowane pęknięcie, lecz otwarta wojna wszystkich ze wszystkimi. A historia uczy, że partie, które zaczynają publicznie oskarżać własnych liderów o zdradę i agenturalność, niezwykle rzadko wychodzą z takich konfliktów silniejsze. Najczęściej pozostawiają po sobie jedynie zgliszcza i głęboko podzielony elektorat.










