Karol Nawrocki zaledwie od roku sprawuje urząd prezydenta, a jego kancelaria zdążyła już wypracować własny styl komunikacji. Nie jest to jednak styl państwowy, oparty na powściągliwości i szacunku dla obywateli. Coraz częściej przypomina raczej retorykę partyjnego wiecu. Najnowszym przykładem jest reakcja rzecznika prezydenta Rafała Leśkiewicza na pytania dotyczące ułaskawienia Piotra Staruchowicza, znanego jako „Staruch”.
„Wara rządzącym od prerogatyw pana prezydenta” – grzmiał rzecznik. Dodał również, że „pan prezydent nie musi się tłumaczyć, dlaczego stosuje prawo łaski”. Formalnie ma rację. Konstytucja rzeczywiście przyznaje głowie państwa prawo łaski. Problem polega jednak na tym, że w demokracji legalność nie zwalnia z odpowiedzialności, a prerogatywa nie oznacza obowiązku milczenia wobec opinii publicznej.
Urząd prezydenta nie jest monarchią. To nie tron, z którego można oznajmić: „tak zdecydowałem i nikomu nic do tego”. Przeciwnie – im większa władza, tym większa odpowiedzialność za przekonanie obywateli, że decyzje podejmowane są rozsądnie i w interesie państwa. Zwłaszcza gdy dotyczą osób budzących poważne kontrowersje.
Tymczasem zamiast spokojnego wyjaśnienia usłyszeliśmy wojownicze hasła o „manipulacjach rządzących”, „łamaniu Konstytucji” i słynne już „wara”. To słowo mówi o sposobie myślenia otoczenia prezydenta więcej niż wielostronicowe komunikaty. Nie zachęca do debaty. Nie odpowiada na pytania. Ma zamknąć dyskusję.
To zresztą coraz bardziej charakterystyczna cecha obecnego Pałacu Prezydenckiego. Każde pytanie traktowane jest jak atak. Każda wątpliwość jako polityczna prowokacja. Każda krytyka jako zamach na prerogatywy głowy państwa. W efekcie zamiast budować autorytet urzędu, jego współpracownicy budują atmosferę oblężonej twierdzy.
Nikt rozsądny nie kwestionuje, że prawo łaski należy do kompetencji prezydenta. Ale skoro Kancelaria uznała za stosowne poinformować, iż decyzję uzasadniały „pozytywna opinia środowiskowa”, „incydentalny charakter czynu” oraz „ustabilizowany tryb życia skazanego”, to znaczy, że sama dostrzega potrzebę uzasadnienia. Trudno więc jednocześnie twierdzić, że prezydent „nie musi się tłumaczyć”. Albo przedstawia się motywy decyzji, albo odmawia ich przedstawienia. Łączenie obu postaw prowadzi jedynie do chaosu komunikacyjnego.
Jeszcze bardziej niepokojący jest ton wypowiedzi rzecznika. Rzecznik prezydenta nie jest internetowym komentatorem ani partyjnym działaczem. Reprezentuje urząd, który powinien łagodzić spory, a nie je zaostrzać. Tymczasem słowa o tym, że „rządzący niech nie myślą, że pan prezydent przestraszy się wpisów, tweetów czy prób manipulacji”, brzmią jak fragment politycznej polemiki, a nie komunikatu instytucji stojącej ponad bieżącym konfliktem.
Prezydent ma prawo korzystać ze swoich konstytucyjnych kompetencji. Nie ma jednak prawa oczekiwać, że społeczeństwo zrezygnuje z zadawania pytań. Demokracja nie kończy się tam, gdzie zaczynają się prerogatywy. Wręcz przeciwnie – właśnie tam zaczyna się obowiązek przejrzystości i odpowiedzialności.
Największym problemem nie jest samo ułaskawienie. Historia III Rzeczypospolitej zna wiele kontrowersyjnych aktów łaski. Problemem staje się przekonanie otoczenia prezydenta, że każda decyzja głowy państwa powinna być przyjmowana bez dyskusji. To bardzo niebezpieczna filozofia. W demokracji nie istnieją decyzje wyjęte spod publicznej oceny.
Autorytet prezydenta nie rodzi się z ostrych ripost jego rzeczników ani z coraz bardziej konfrontacyjnego języka. Buduje się go spokojem, umiarem i gotowością do wyjaśniania nawet trudnych decyzji. Słowo „wara” może dobrze brzmieć na politycznym wiecu, ale w ustach przedstawiciela najwyższego urzędu w państwie jest raczej oznaką słabości niż siły. Bo tam, gdzie kończą się argumenty, zbyt często zaczyna się właśnie taki język.










