Jeszcze niedawno zapewniali Polaków, że tworzą zgrany zespół odpowiedzialny za bezpieczeństwo państwa i rozwój kraju. Dziś ci sami ludzie publicznie obrzucają się oskarżeniami, zarzucają sobie frustrację, pychę i polityczną zdradę. Rozpad Prawa i Sprawiedliwości odsłania obraz, którego partia Jarosława Kaczyńskiego przez lata starała się za wszelką cenę unikać – obraz środowiska skłóconego, kierującego się osobistymi ambicjami, a nie dobrem państwa.
Najnowsza odsłona konfliktu między Mariuszem Błaszczakiem a Mateuszem Morawieckim jest tego najlepszym dowodem. Jeszcze kilka miesięcy temu wspólnie bronili dorobku swoich rządów. Dziś były premier słyszy od jednego z najbliższych współpracowników Jarosława Kaczyńskiego słowa, które trudno uznać za zwykłą polityczną polemikę.
Punktem zapalnym stała się wypowiedź Morawieckiego, który przekonywał, że mógłby zarabiać „15 milionów dolarów rocznie w Nowym Jorku, w Londynie”, ale wybrał służbę Polsce. Miało to zapewne podkreślić jego poświęcenie dla życia publicznego. Efekt okazał się jednak odwrotny. Wielu odebrało te słowa jako demonstrację własnej wyjątkowości i finansowej elitarności, zupełnie nieprzystającą do problemów zwykłych obywateli.
Najostrzej zareagował Mariusz Błaszczak. Jego komentarz był bezlitosny. „Rozumiem, że tu te 15 milionów dolarów rocznie, a tu musi z jakimiś tam ludźmi rozmawiać, przecież nie do tego został powołany” – ironizował. Następnie porównał zachowanie byłego premiera do Bogusława Radziwiłła z „Potopu”, mówiąc: „To tak, jak z »Potopu« Bogusław Radziwiłł, który mówiąc po polsku uważał, że pierzchnął mu wargi”.
To porównanie mówi więcej o kondycji samego PiS niż o Morawieckim. Skoro jeden z najważniejszych polityków partii uważa byłego premiera za człowieka oderwanego od rzeczywistości i pogardzającego zwykłymi ludźmi, rodzi się oczywiste pytanie: dlaczego przez siedem lat przedstawiano go jako idealnego szefa rządu?
Błaszczak poszedł jeszcze dalej. Stwierdził, że opowieści o wypychaniu ludzi Morawieckiego z PiS były „bajką”, przygotowaną po to, by uzasadnić budowę nowej partii. Według niego środowisko byłego premiera „szkodzi Polsce”, ponieważ „rozbija prawicę” i „podaje tlen Tuskowi”.
Trudno o bardziej spektakularny przykład politycznej hipokryzji. Przez lata wyborcy słyszeli, że w obozie Zjednoczonej Prawicy panuje jedność i wspólna odpowiedzialność. Dziś okazuje się, że jeden z liderów PiS publicznie oskarża byłego premiera o świadome przygotowywanie rozłamu i działanie na szkodę własnego obozu.
Nie mniej kompromitująco wypada sam Morawiecki. Jego opowieści o milionach dolarów, które rzekomo czekały na niego za granicą, sprawiają wrażenie oderwanych od rzeczywistości. W czasie gdy Polacy zmagają się z kosztami życia, opowieść o niewykorzystanej fortunie brzmi bardziej jak przejaw próżności niż dowód patriotyzmu. Polityk nie staje się bardziej wiarygodny dlatego, że przekonuje, ile mógł zarobić. Wiarygodność buduje się decyzjami i odpowiedzialnością za własne rządy.
Zresztą sam Błaszczak zwrócił uwagę na kolejną sprzeczność. „Najpierw Mateusz Morawiecki mówił, że wszystko było doskonałe, a teraz mówi, że nie, nie wszystko było doskonałe, a to co nie było doskonałe to nie jego”. To zarzut wyjątkowo bolesny, bo pokazuje, jak łatwo dawni sojusznicy przerzucają się odpowiedzialnością za błędy, które jeszcze niedawno wspólnie firmowali.
Paradoks tej sytuacji polega na tym, że obaj politycy próbują dziś występować w roli jedynych obrońców prawdy. Błaszczak przedstawia siebie jako lojalnego państwowca, Morawiecki jako niezależnego wizjonera, który miał odwagę przeciwstawić się partyjnemu kierownictwu. Tymczasem obaj przez lata współtworzyli ten sam rząd i wspólnie podejmowali decyzje, za które odpowiadają przed opinią publiczną.
Rozpad PiS staje się więc nie tylko kryzysem organizacyjnym, lecz także kryzysem wiarygodności. Dawni współpracownicy wzajemnie podważają własne kompetencje, motywacje i uczciwość. Jeśli wierzyć Błaszczakowi, Morawiecki od dawna planował rozłam i kierowała nim frustracja. Jeśli wierzyć Morawieckiemu, kierownictwo PiS odpowiada za najpoważniejsze błędy jego rządów. W obu wersjach jedno pozostaje niezmienne – to sami liderzy PiS wystawiają sobie dziś najbardziej surową ocenę. Żadna opozycja nie potrafiłaby tak skutecznie podważyć wiarygodności tej formacji, jak robią to obecnie jej byli i obecni liderzy.










