Lech Wałęsa od lat budzi skrajne emocje. Dla jednych pozostaje symbolem odzyskanej wolności, dla innych politykiem, którego opinie bywają zbyt ostre i kontrowersyjne. Jednak niezależnie od stosunku do byłego prezydenta jedno jest pewne – kiedy mówi o standardach demokracji, jego głosu nie da się zignorować.
Tym razem Wałęsa ponownie zakwestionował sposób rozstrzygnięcia wyborów prezydenckich i zaapelował o ponowne przeliczenie głosów. Można nie zgadzać się z jego oceną, ale trudno odmówić sensu samemu pytaniu: skoro istnieją wątpliwości, dlaczego ich ostatecznie nie rozwiać?
Były prezydent początkowo nie chciał oceniać pierwszego roku prezydentury Karola Nawrockiego. Dopiero po naleganiach prowadzącego zdecydował się na wyjątkowo mocną wypowiedź. „Ja go nie uważam za prezydenta. Dla mnie to jest hańba” – powiedział w rozmowie z Radiem Gdańsk. To słowa bardzo ostre, ale jeszcze ważniejszy był argument, który przedstawił później.
Zdaniem Wałęsy spór można zakończyć w prosty sposób – poprzez ponowne przeliczenie głosów oddanych w drugiej turze wyborów. „Uznałbym wtedy, gdyby jeszcze raz przeliczono głosy” – stwierdził. W istocie trudno znaleźć bardziej oczywistą metodę rozwiania wszelkich wątpliwości. Demokracja opiera się przecież na zaufaniu do procedur wyborczych, a tam, gdzie pojawiają się pytania, najlepszą odpowiedzią jest maksymalna przejrzystość.
Nie oznacza to automatycznie, że wynik wyborów był błędny. Ponowne przeliczenie głosów może równie dobrze potwierdzić wcześniejszy rezultat. Właśnie dlatego taki krok mógłby zamknąć polityczny spór zamiast go podsycać. Jeżeli wynik jest prawidłowy, nie powinien obawiać się żadnej weryfikacji.
Wałęsa idzie jednak dalej. Brak ponownego przeliczenia określił mianem „oszustwa”, a swoje stanowisko podsumował słowami: „Kto ma rację? Sprawdźmy jeszcze raz, przeliczmy. I wtedy możemy uznać albo nie uznać.” To sedno jego argumentacji. Nie domaga się zastąpienia wyniku wyborów własną opinią, lecz ponownego sprawdzenia procedury, aby rozwiać wszelkie wątpliwości.
Tymczasem Karol Nawrocki obejmował urząd z zapowiedzią, że będzie prezydentem wszystkich Polaków. Taka deklaracja nakłada szczególną odpowiedzialność za budowanie społecznego zaufania. W sytuacji, gdy część opinii publicznej – niezależnie od jej liczebności – zgłasza zastrzeżenia dotyczące procesu wyborczego, warto rozważyć działania, które mogłyby te wątpliwości ograniczyć, a nie jedynie odrzucać je jako element bieżącego sporu politycznego.
Problem wykracza zresztą poza osobę Lecha Wałęsy. W demokracji legitymacja władzy opiera się nie tylko na formalnym zwycięstwie, lecz także na możliwie szerokim społecznym przekonaniu, że procedura była rzetelna i przejrzysta. Im mniej pozostaje pytań, tym silniejszy mandat otrzymuje zwycięzca. W tym sensie przejrzystość nie osłabia instytucji państwa – przeciwnie, może ją wzmacniać.
Krytycy Wałęsy zarzucają mu, że jego wypowiedzi są zbyt emocjonalne i zbyt daleko idące. Rzeczywiście, stwierdzenie „Ja go nie uważam za prezydenta” należy do najmocniejszych ocen, jakie mogą paść pod adresem urzędującej głowy państwa. Nie zmienia to jednak faktu, że pod powierzchnią emocji kryje się pytanie o standardy życia publicznego. Czy w sytuacji pojawiających się kontrowersji państwo powinno dążyć do maksymalnej przejrzystości, czy raczej uznać sprawę za definitywnie zamkniętą?
Historia demokracji pokazuje, że instytucje nie tracą na wiarygodności wtedy, gdy poddają się kontroli. Tracą ją wtedy, gdy sprawiają wrażenie, że boją się weryfikacji. Dlatego apel Wałęsy można odczytać nie tylko jako polityczny atak na Karola Nawrockiego, lecz także jako przypomnienie, że zaufanie obywateli jest fundamentem każdego demokratycznego państwa. A zaufanie najłatwiej buduje się poprzez otwartość, przejrzystość i gotowość do rozwiewania wszelkich wątpliwości, nawet jeśli oznacza to ponowne sprawdzenie tego, co – jak twierdzą zwolennicy obecnego prezydenta – już dawno zostało rozstrzygnięte.










