Przez lata politycy Prawa i Sprawiedliwości przekonywali, że katastrofa smoleńska kryje nie tylko niewyjaśnione okoliczności, lecz także gigantyczny spisek wymierzony w państwo polskie. Jednym z najgłośniejszych elementów tej narracji była teoria o tzw. „zdradzie dyplomatycznej”. Miała ona dowodzić, że przedstawiciele ówczesnych władz świadomie działali na szkodę Rzeczypospolitej. Dziś, po niemal dekadzie śledztwa, ta teza ostatecznie rozsypała się pod ciężarem własnych oskarżeń.
Prokuratura Krajowa poinformowała o umorzeniu ostatnich pięciu wątków postępowania prowadzonego od 2016 roku. Tym samym zakończyło się całe śledztwo, które przez lata było przedstawiane jako jeden z najważniejszych procesów rozliczeniowych związanych z katastrofą smoleńską. Efekt? Nie potwierdzono zarzutów, które przez lata stanowiły jeden z filarów politycznej narracji PiS.
Najbardziej wymowne są słowa rzecznika Prokuratury Krajowej Piotra Nowaka. Jak podkreślił, „prowadzone przez 10 lat śledztwo wykazało, że zachowanie władz polskich w maju i kwietniu 2010 r. nie wyczerpywało żadnych znamion przestępstwa 'zdrady dyplomatycznej’”. Dodał również, że „władze polskie nie działały na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej i nie miały takiego zamiaru”.
To stwierdzenie ma ogromne znaczenie. Nie chodzi wyłącznie o zamknięcie jednego postępowania. Chodzi o rozpad jednej z najważniejszych politycznych narracji, która przez lata była wykorzystywana do oskarżania przeciwników politycznych o działania przeciwko własnemu państwu.
Jeszcze bardziej wymowne są liczby. Prokuratura przesłuchała 488 świadków. Przeanalizowano ogromną liczbę dokumentów, opinii i materiałów dowodowych. A mimo to końcowy wniosek okazał się zaskakująco prosty. Jak powiedział prokurator Nowak, „konkluzja jest w zasadzie taka sama, jak w 2011 roku, że w tej sprawie nigdy nie zachodziło uzasadnione podejrzenie popełnienia akurat tego przestępstwa 'zdrady dyplomatycznej’”.
To zdanie brzmi jak polityczny rachunek wystawiony całej strategii PiS. Jeżeli po dziesięciu latach dochodzi się do identycznych wniosków jak piętnaście lat wcześniej, trudno mówić o sukcesie śledczych. Trudno także uznać za trafne wieloletnie oskarżenia kierowane pod adresem poprzednich władz.
Oczywiście nikt nie kwestionuje prawa państwa do prowadzenia śledztw i wyjaśniania wszelkich wątpliwości dotyczących katastrofy smoleńskiej. Takie postępowania są naturalnym elementem funkcjonowania demokratycznego państwa prawa. Problem pojawia się wtedy, gdy oczekiwania polityczne zaczynają wyprzedzać materiał dowodowy. W takim przypadku rzeczywistość prędzej czy później wystawia rachunek.
Właśnie dlatego decyzję o umorzeniu trudno odczytywać inaczej niż jako kolejną dotkliwą porażkę PiS. Przez lata opinia publiczna słyszała o rzekomych zdradach, spiskach i celowym działaniu przeciwko Polsce. Tymczasem końcowy rezultat wieloletniego postępowania nie potwierdził tych najcięższych oskarżeń.
To nie pierwszy przypadek, gdy głośne polityczne zapowiedzi kończą się znacznie skromniejszym finałem. Wielokrotnie okazywało się, że medialne deklaracje i twarde oskarżenia nie znajdują później potwierdzenia w materiale dowodowym. Tym razem skala rozbieżności jest jednak szczególnie widoczna, bo chodziło o jedną z najbardziej emocjonalnych spraw ostatnich kilkunastu lat.
Największym przegranym tej historii nie jest jednak pojedynczy polityk. Jest nim wiarygodność sposobu prowadzenia debaty publicznej. Przez lata część opinii publicznej była przekonywana, że istnieją dowody na działania noszące znamiona zdrady państwa. Po dziesięciu latach intensywnego śledztwa takich dowodów nie znaleziono.
Być może właśnie to jest najważniejsza lekcja płynąca z tej sprawy. Polityczne tezy, nawet najgłośniej powtarzane, nie zastąpią faktów. O winie nie rozstrzygają konferencje prasowe ani sejmowe wystąpienia, lecz materiał dowodowy. A ten – przynajmniej w sprawie zarzutów dotyczących tzw. zdrady dyplomatycznej – okazał się dla narracji PiS bezlitosny. Kolejna spektakularna zapowiedź zakończyła się równie spektakularnym fiaskiem, pozostawiając po sobie przede wszystkim pytanie, czy przez wszystkie te lata polityczne emocje nie przesłoniły zwykłej potrzeby rzetelnego ustalania faktów.










