Są w polityce historie, które z czasem zaczynają żyć własnym życiem. Powtarzane tysiące razy oskarżenia nabierają pozorów prawdy, nawet jeśli nigdy nie zostały poparte dowodami. Tak było z tezą o tzw. „zdradzie dyplomatycznej” po katastrofie smoleńskiej. Przez lata politycy Prawa i Sprawiedliwości przekonywali opinię publiczną, że władze państwa działały przeciwko interesowi Polski. Dziś, po niemal dekadzie śledztwa, Prokuratura Krajowa postawiła sprawę jasno: nie było ani zdrady, ani zamiaru jej popełnienia.
To decyzja o znaczeniu znacznie szerszym niż zamknięcie kolejnego postępowania. Oznacza bowiem, że jedna z najcięższych politycznych oskarżeń ostatnich kilkunastu lat nie znalazła potwierdzenia w materiale dowodowym.
Prokuratura stwierdziła jednoznacznie, że działania polskich władz podejmowane po katastrofie smoleńskiej „nie wyczerpywały znamion przestępstwa tzw. zdrady dyplomatycznej”, a w szczególności „nie stanowiły działania na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej”. Co więcej, uznano, że przyjęcie Załącznika 13 do Konwencji chicagowskiej jako podstawy współpracy z Federacją Rosyjską było w tamtym momencie „rozwiązaniem najkorzystniejszym z punktu widzenia interesów Rzeczypospolitej Polskiej”. Śledczy dodali również, że „żadne z rozważanych rozwiązań alternatywnych nie stwarzało realnej możliwości skuteczniejszego zabezpieczenia interesów Rzeczypospolitej Polskiej”.
To nie są polityczne deklaracje. To wnioski organu prowadzącego wieloletnie postępowanie. Trudno je zignorować, zwłaszcza że śledztwo trwało niemal dziesięć lat.
Nic dziwnego, że do decyzji odniósł się minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, który od lat był jednym z głównych adresatów zarzutów formułowanych przez polityków PiS. Przypomniał, że wcześniej wygrał proces cywilny z Jarosławem Kaczyńskim, a następnie napisał: „Teraz potwierdzenie Prokuratury Krajowej – nie było żadnej zdrady dyplomatycznej, ani żadnej intencji jej popełnienia”.
Trudno odmówić tej wypowiedzi podstaw. Przez lata opinia publiczna była przekonywana, że za decyzjami podejmowanymi po katastrofie kryły się działania wymierzone w polski interes narodowy. Dzisiaj okazuje się, że śledztwo nie potwierdziło tych oskarżeń. W demokratycznym państwie prawa to właśnie materiał dowodowy powinien być punktem odniesienia, a nie polityczne emocje.
Sikorski nie ograniczył się jednak do suchego komentarza. Napisał również: „Oczywiście żaden z kłamców smoleńskich nie przeprosi”. To ocena bardzo ostra, ale wpisuje się w wieloletni spór, który przez lata dzielił polską debatę publiczną. Minister poszedł jeszcze dalej, stwierdzając: „Otumanili miliony ludzi, podzielili rodziny, wywołali nienawiść wewnątrz jednego narodu”.
To właśnie ten aspekt wydaje się dziś najważniejszy. Smoleńsk przez wiele lat był nie tylko przedmiotem śledztw, lecz także narzędziem politycznej mobilizacji. Kolejne oskarżenia, sugestie i teorie budowały atmosferę nieufności oraz pogłębiały podziały społeczne. Nawet jeśli część polityków wierzyła w słuszność swoich tez, odpowiedzialność za słowa w życiu publicznym wymaga, by najcięższe zarzuty opierać na dowodach, a nie przypuszczeniach.
Nie oznacza to, że katastrofa smoleńska przestaje być narodową tragedią. Nie oznacza również, że wszystkie pytania dotyczące jej przebiegu zostały raz na zawsze zamknięte. Oznacza jednak coś bardzo konkretnego: zarzut tzw. zdrady dyplomatycznej nie został potwierdzony mimo wieloletniego postępowania prowadzonego przez organy państwa.
To kolejna bolesna porażka politycznej narracji PiS. Przez lata budowano przekonanie, że istnieją dowody na świadome działanie przeciwko Polsce. Po dziesięciu latach śledztwa takich dowodów nie znaleziono. W polityce można wygrać wybory dzięki emocjom, ale nie da się zmienić faktów. A fakty, nawet jeśli pojawiają się po latach, mają tę przewagę nad propagandą, że wcześniej czy później upominają się o swoje miejsce. Właśnie dlatego decyzja Prokuratury Krajowej ma znaczenie wykraczające poza jedną sprawę – przypomina, że państwo prawa powinno opierać się na dowodach, a nie na politycznych mitach.










