W polityce równie wymowne jak słowa bywa milczenie. A czasem nawet bardziej. Gdy Andrzej Duda obejmował urząd prezydenta, początkowo uchodził za najwierniejszego wykonawcę politycznej woli Jarosława Kaczyńskiego. Wystarczyło jednak kilka lat, by relacje obu polityków zamieniły się w chłodny dystans. Po prezydenckich wetach z 2017 roku mówiło się wręcz, że panowie przestali ze sobą rozmawiać, a kontakt odbywał się wyłącznie przez pośredników. Informacje o tym regularnie pojawiały się w mediach.
Dziś warto zadać pytanie, czy podobny scenariusz nie realizuje się właśnie w relacjach Jarosława Kaczyńskiego z Karolem Nawrockim.
Zastanawiające jest bowiem nie to, że media donoszą o konfliktach między prezydentem a rządem. To oczywiste. Zastanawiające jest coś innego – niemal całkowity brak informacji o regularnych rozmowach prezesa PiS z człowiekiem, którego jego środowisko polityczne wyniosło do Pałacu Prezydenckiego. W polskiej polityce przecieki są codziennością. Gdy politycy spotykają się regularnie, prędzej czy później ktoś o tym opowiada. Gdy ich nie ma – również zaczyna to być widoczne.
Oczywiście brak doniesień prasowych nie jest dowodem na brak kontaktów. Byłoby nieuczciwe wyciągać taki wniosek. Można jednak zauważyć, że w przeciwieństwie do pierwszych miesięcy prezydentury Andrzeja Dudy, dziś trudno znaleźć informacje o częstych konsultacjach Nawrockiego z Kaczyńskim. A jeśli już się pojawiają, dotyczą pojedynczych spotkań, nie zaś stałego politycznego dialogu.
To zresztą nie powinno nikogo dziwić. Każdy prezydent prędzej czy później zaczyna myśleć o własnym politycznym dziedzictwie. Nawrocki doskonale wie, że za kilka lat Jarosława Kaczyńskiego może już nie być w aktywnej polityce. Wie również, że na prawicy rozpocznie się walka o schedę po wieloletnim liderze. W takiej sytuacji zbyt ścisłe podporządkowanie się prezesowi PiS niekoniecznie musi być najlepszą inwestycją.
Problem polega na tym, że Jarosław Kaczyński nigdy nie lubił polityków, którzy zaczynali prowadzić własną grę. Historia PiS pełna jest przykładów osób, które z najbliższych współpracowników stawały się rywalami. Prezes znakomicie czuje się w roli jedynego centrum decyzyjnego. Silny prezydent, dysponujący własnym mandatem społecznym i własnym zapleczem, z definicji ogranicza tę kontrolę.
Już dziś nie brakuje komentarzy, że Nawrocki coraz wyraźniej próbuje budować własną pozycję polityczną i nie zawsze kieruje się oczekiwaniami Nowogrodzkiej. Pojawiają się analizy wskazujące, że interes prezydenta nie zawsze pokrywa się z interesem PiS, a nawet że prowadzi on własną grę polityczną.
To przypomina sytuację Andrzeja Dudy. On również długo uchodził za całkowicie lojalnego wobec prezesa PiS. Dopiero z czasem okazało się, że prezydent dysponujący własnym mandatem wyborczym nie chce być jedynie wykonawcą partyjnych decyzji. Efekt? Lata chłodnych relacji, wzajemnych pretensji i praktycznie zerowego bezpośredniego dialogu.
Czy historia się powtarza?
Nie sposób tego dziś przesądzić. Być może Kaczyński i Nawrocki rozmawiają regularnie, tylko wyjątkowo skutecznie utrzymują to w tajemnicy. Być może ich relacje są znacznie lepsze, niż przypuszczają komentatorzy. Jednak równie prawdopodobny wydaje się inny scenariusz – że prezydent coraz mocniej uniezależnia się od politycznego patrona, a prezes PiS obserwuje ten proces z narastającą nieufnością.
Paradoks polega na tym, że Karol Nawrocki zawdzięcza swoją prezydenturę przede wszystkim decyzji Jarosława Kaczyńskiego. Ale historia III RP pokazuje, że polityczne dzieci bardzo często dorastają szybciej, niż życzyliby sobie ich polityczni ojcowie. A wtedy telefon dzwoni coraz rzadziej. I czasem właśnie cisza staje się najgłośniejszym komunikatem.











