Politycy Prawa i Sprawiedliwości przez lata lubili powtarzać, że państwo powinno być silne, a prawo respektowane przez wszystkich. Hasła o porządku, odpowiedzialności i szacunku dla instytucji państwa były jednym z fundamentów ich politycznej narracji. Dlatego sprawa Beaty Szydło ma dziś wymiar znacznie szerszy niż jedynie decyzja prokuratora o nałożeniu kary pieniężnej. To test wiarygodności zasady, którą PiS tak często przywoływał: prawo obowiązuje każdego.
Prokuratura Regionalna w Rzeszowie poinformowała, że była premier została ukarana grzywną w wysokości 3 tys. zł za kilkukrotne niestawienie się na przesłuchanie w charakterze świadka w śledztwie dotyczącym kampanii „Sprawiedliwe sądy”. Jak podkreślono w komunikacie, „prokurator nałożył na świadka karę pieniężną w wysokości 3.000 zł w związku z kilkukrotnym niestawiennictwem na wezwanie organu prowadzącego postępowanie bez należytego usprawiedliwienia”. Jednocześnie przypomniano oczywistą zasadę wynikającą z art. 177 § 1 kodeksu postępowania karnego: „każda osoba wezwana w charakterze świadka ma obowiązek stawić się na wezwanie organu prowadzącego postępowanie karne i złożyć zeznania”.
To nie jest przepis napisany z myślą o zwykłych obywatelach, a pomijający polityków. Nie istnieje osobny kodeks dla byłych premierów, ministrów czy europosłów. Demokratyczne państwo prawa właśnie na tym polega, że obowiązki obywatelskie są wspólne dla wszystkich, niezależnie od zajmowanego stanowiska czy politycznych zasług.
Prokurator Jaromir Rybczak poinformował, że Beata Szydło była „kilkukrotnie wzywana w charakterze świadka, nie stawiła się, przedkładała informacje, które miały usprawiedliwić tę nieobecność, natomiast to nie były okoliczności, które tę nieobecność na przesłuchaniu mogłyby usprawiedliwić”. To ważne zastrzeżenie. Sam fakt przedstawienia usprawiedliwienia nie oznacza jeszcze, że organ prowadzący postępowanie musi je uznać za wystarczające. Takie same reguły obowiązują każdego obywatela.
Oczywiście decyzja prokuratury nie przesądza o niczyjej winie, bo Beata Szydło występuje w tej sprawie wyłącznie jako świadek. Przysługuje jej również prawo do złożenia zażalenia na postanowienie. Problem polega jednak na czym innym. Osoba pełniąca kiedyś najwyższe funkcje państwowe powinna szczególnie dbać o budowanie szacunku dla instytucji publicznych. Tymczasem wielokrotne niestawianie się na wezwania daje obywatelom zły sygnał.
Sprawa dotyczy śledztwa w sprawie kampanii „Sprawiedliwe sądy”, finansowanej przez Polską Fundację Narodową. Kampania od początku budziła ogromne kontrowersje. Krytycy wskazywali, że środki pochodzące od spółek Skarbu Państwa zostały wykorzystane do przedsięwzięcia, które miało wyraźny polityczny charakter i służyło dyskredytowaniu środowiska sędziowskiego. Śledczy badają obecnie okoliczności finansowania projektu oraz możliwe wyrządzenie fundacji szkody majątkowej szacowanej na co najmniej 8,4 mln zł.
Niezależnie od oceny samego śledztwa, jego uczestnicy mają obowiązki wynikające z przepisów. Tak funkcjonuje państwo prawa. Nie można jednocześnie domagać się bezwzględnego przestrzegania prawa przez innych i oczekiwać taryfy ulgowej dla własnego środowiska politycznego. To właśnie taka podwójna miara najbardziej podważa zaufanie obywateli do instytucji.
Przez osiem lat rządów PiS wielokrotnie słyszeliśmy, że państwo musi być stanowcze wobec osób lekceważących przepisy. Dziś ta sama zasada wraca jak bumerang. Jeżeli były premier zostaje wezwany na przesłuchanie jako świadek, powinien potraktować ten obowiązek z należytą powagą. Nie dlatego, że wymaga tego polityczna poprawność, lecz dlatego, że wymaga tego prawo.
Najgorsze, co może spotkać demokrację, to przekonanie, że istnieją obywatele dwóch kategorii. Jedni muszą podporządkować się każdemu wezwaniu urzędu czy sądu, inni mogą liczyć na wyjątkowe traktowanie ze względu na swoją pozycję lub dawną władzę. Taki model prowadzi do erozji zaufania do państwa.
Beata Szydło ma pełne prawo bronić swoich racji i korzystać z przewidzianych prawem środków odwoławczych. Ale równie ważne jest przypomnienie zasady, która nie powinna budzić żadnych sporów politycznych: wobec prawa wszyscy są równi. Byli premierzy również. Państwo prawa zaczyna się właśnie tam, gdzie kończą się przywileje wynikające z zajmowanych niegdyś stanowisk.











