Andrzej Duda po zakończeniu prezydentury zrobił dokładnie to, czego przez dziesięć lat w Pałacu Prezydenckim robić nie potrafił – zamilkł.
Początkowo wydawało się, że były prezydent zamierza pozostać ważnym uczestnikiem debaty publicznej. Udzielał wywiadów, promował książkę „To ja. Andrzej Duda”, komentował wydarzenia i przypominał o swoich dokonaniach. Później jednak niemal całkowicie zniknął. Oficjalne wyjaśnienie brzmi tak, że były prezydent potrzebuje dystansu. Można jednak podejrzewać, że przyczyna jest bardziej polityczna: Duda po prostu czeka, kto wygra wojnę domową na prawicy, a przede wszystkim w dawnym obozie PiS.
Wojciech Kolarski, wieloletni współpracownik Dudy, a obecnie sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta Karola Nawrockiego, tłumaczy tę nieobecność w bardzo elegancki sposób. – Historią jest prezydentura Andrzeja Dudy. Uważam, że nawet Andrzej Duda za często był obecny w przestrzeni publicznej w ostatnim roku – mówił w rozmowie z Wirtualną Polską. Według Kolarskiego potrzeba czasu, aby Polacy mogli właściwie ocenić poprzednią prezydenturę. – Polacy zobaczą za jakiś czas realny kształt tej prezydentury, jak dobra to była prezydentura, ile przyniosła sukcesów w Polsce – zapewniał.
Problem polega na tym, że Duda nie zniknął w politycznej próżni. Jego milczenie przypadło akurat na moment, gdy obóz, któremu zawdzięcza swoją wielką polityczną karierę, rozpada się na naszych oczach. Jarosław Kaczyński walczy o utrzymanie kontroli nad PiS, Mateusz Morawiecki buduje własne środowisko, kolejni politycy szykują się do zmiany barw, a ludzie byłego premiera zapowiadają następne transfery. Do tego dochodzi rywalizacja z Konfederacją i rosnące znaczenie Karola Nawrockiego. Dla Dudy opowiedzenie się dzisiaj po którejkolwiek stronie byłoby więc zwyczajnie ryzykowne.
Dlatego najbezpieczniej jest czekać. Jeśli zwycięży Kaczyński i utrzyma PiS w obecnym kształcie, Duda będzie mógł przypomnieć o swojej wieloletniej lojalności wobec obozu. Jeżeli górę weźmie Morawiecki i zbuduje silną partię, były prezydent może przypomnieć, że przez lata współpracował z nim jako premierem. Jeżeli natomiast centrum prawicy przesunie się w stronę Nawrockiego, także tutaj Duda ma przygotowaną wygodną pozycję. Kolarski już dziś przypomina przecież, że „dla prezydenta Dudy zwycięstwo Karola Nawrockiego jest jednym z największych sukcesów tej dekady” oraz że swojego następcę Duda „osobiście, jednoznacznie i zdecydowanie” poparł.
Można więc powiedzieć, że były prezydent obstawił wszystkie konie, a teraz spokojnie czeka na wynik gonitwy. Trudno zresztą mieć wątpliwości, że polityka nadal go interesuje. Kolarski wcale nie wyklucza jego powrotu. – Prezydent ma świadomość, że jest byłym prezydentem, a byli prezydenci najczęściej już są komentatorami, są obok, są jakby byłymi politykami – tłumaczył. Zaraz potem dodał jednak, że nadejdzie moment, „w którym Andrzej Duda będzie tą postacią debaty politycznej”. Pytanie brzmi więc nie tyle, czy Duda wróci, ile kiedy uzna, że powrót stał się dla niego bezpieczny.
To zresztą strategia doskonale pasująca do politycznej biografii byłego prezydenta. Przez dziesięć lat Duda próbował jednocześnie przedstawiać się jako samodzielna głowa państwa i unikać otwartego konfliktu z Jarosławem Kaczyńskim. Od czasu do czasu wykonywał gest niezależności, ale nigdy nie zdecydował się na trwałe zerwanie politycznej pępowiny łączącej go z PiS. Teraz zachowuje podobną ostrożność. Po co ryzykować opowiedzenie się po stronie Kaczyńskiego, skoro za kilka miesięcy może się okazać, że przyszłość należy do Morawieckiego? Po co stawiać na Morawieckiego, skoro Kaczyński może jednak zdusić bunt i zachować kontrolę nad partią?
Najbardziej zabawne jest tłumaczenie, że Duda potrzebuje ciszy, aby społeczeństwo mogło docenić jego dokonania. Być może rzeczywiście były prezydent liczy, że upływ czasu poprawi oceny jego dwóch kadencji. Tyle że polityczne milczenie ma również tę niezwykłą zaletę, że pozwala nie mieć zdania wtedy, gdy posiadanie zdania może okazać się kosztowne. Duda może obserwować, jak jego dawni koledzy wzajemnie się atakują, podbierają sobie parlamentarzystów i walczą o schedę po dotychczasowym PiS, nie narażając się żadnej ze stron.
Andrzej Duda prawdopodobnie jeszcze wróci do debaty publicznej. Być może będzie komentatorem, być może spróbuje odegrać większą rolę. Na razie jednak ma luksus, którego nie mają Kaczyński ani Morawiecki: może siedzieć z boku i czekać. Kiedy wojna domowa na prawicy wyłoni zwycięzcę, były prezydent zapewne przypomni sobie o polityce. I wtedy będzie mógł zapewnić, że od początku właśnie tak wyobrażał sobie przyszłość swojego obozu.











