Prawo i Sprawiedliwość ma coraz poważniejszy problem. Nie tylko nie potrafi znaleźć sposobu na odzyskanie władzy, ale zaczyna tracić pozycję lidera polskiej prawicy. Najbardziej bolesne dla Jarosława Kaczyńskiego jest jednak to, że podobna diagnoza nie płynie już wyłącznie od przeciwników partii. Wprost formułują ją ludzie przez lata związani z obozem PiS.
Marcin Mastalerek, były szef gabinetu prezydenta Andrzeja Dudy, w RMF FM nie bawił się w dyplomację. – PiS jest dziś gorszą opozycją niż Konfederacja – stwierdził.
To zdanie powinno w siedzibie przy Nowogrodzkiej uruchomić wszystkie alarmy. Partia, która przez osiem lat rządziła Polską i jeszcze niedawno uważała się za naturalnego reprezentanta całej prawicy, musi dziś zastanawiać się, czy za chwilę nie zostanie zepchnięta na boczny tor. – PiS musi dziś walczyć o to, żeby być dalej liderem prawicy. To przestało być oczywiste – zauważył Mastalerek.
Trudno się z nim nie zgodzić. Problem polega na tym, że Kaczyński próbuje odzyskać inicjatywę metodą, która przypomina gaszenie pożaru benzyną. Skoro Konfederacja oraz Grzegorz Braun odbierają PiS część najbardziej radykalnych wyborców, partia postanowiła udowodnić, że również potrafi być radykalna.
Tyle że w takim wyścigu PiS niemal z definicji jest skazane na porażkę.
Mastalerek trafnie zauważa, że zamiast ścigać się z Braunem w sprawach suwerenności czy Ukraińców, Kaczyński powinien uderzyć tam, gdzie radykalna prawica ma znacznie mniej do powiedzenia. – Gdyby prezes Kaczyński chciał pokonać Grzegorza Brauna, to powinien walczyć z nim tam, gdzie Grzegorz Braun i Konfederacja są najsłabsze, czyli w tworzeniu miejsc pracy, w służbie zdrowia i w gospodarce – przekonywał.
Tymczasem PiS robi coś dokładnie odwrotnego.
Najnowszym przykładem jest propozycja deportowania z Polski Ukraińców w wieku poborowym, którzy nie pracują legalnie. Tobiasz Bocheński zapowiedział taki pomysł podczas konferencji „Ku nowemu rządowi”, a Kaczyński tłumaczył później, że miałaby to być wręcz „pomoc dla Ukrainy, jeżeli chodzi o mobilizację”.
Trudno jednak nie zauważyć politycznego kontekstu tej propozycji. PiS coraz bardziej nerwowo zerka na swoją prawą flankę i próbuje udowodnić wyborcom Brauna, Mentzena i Bosaka, że również potrafi mówić ich językiem. – Te pomysły dalej prowadzą tylko do ścigania się z Konfederacją Korony Polskiej i trochę z Konfederacją Mentzena i Bosaka – podsumował Mastalerek.
I właśnie w tym tkwi pułapka.
Wyborca szukający najbardziej radykalnej oferty zawsze może wybrać oryginał zamiast kopii. PiS może zaostrzać język, składać coraz ostrzejsze deklaracje i przesuwać się w prawo, ale trudno będzie mu przelicytować Brauna. Jednocześnie każdy taki ruch może odstraszać wyborców umiarkowanych, bez których powrót do władzy pozostanie marzeniem.
Co gorsza, partia równocześnie prowadzi wewnętrzne wojny. Zamiast poszerzać swój obóz, pozbywa się ludzi, którzy mogliby docierać do innych grup wyborców. Mastalerek wskazuje tutaj na Mateusza Morawieckiego. – Nie wiem, czy Prawo i Sprawiedliwość nie schowa się pod wodę po wypchnięciu Mateusza Morawieckiego – powiedział.
Można Morawieckiego lubić albo nie, ale były premier próbował przynajmniej budować wizerunek polityka zainteresowanego gospodarką, inwestycjami i modernizacją. Tymczasem dzisiejsze PiS coraz bardziej przypomina partię skoncentrowaną na pilnowaniu prawej flanki.
To strategia defensywna, a nie plan odzyskania władzy.
Największy paradoks polega więc na tym, że PiS, próbując ratować swoją dominację na prawicy, może ją ostatecznie stracić. Kaczyński wszedł do wyścigu z politykami, których radykalizmu nie jest w stanie przebić, a przy okazji pozostawia ogromną przestrzeń w politycznym centrum.
Mastalerek powiedział brutalnie, że PiS jest dziś „gorszą opozycją niż Konfederacja”. Dla partii Kaczyńskiego jeszcze bardziej niepokojące powinno być jednak inne pytanie: jak długo pozostanie największą partią polskiej prawicy, jeśli nadal będzie prowadziła tę samą politykę?











