Rozłam na prawicy przestaje być chwilową awanturą, a coraz bardziej przypomina serial rozpisany na wiele sezonów. Z jednej strony mamy Prawo i Sprawiedliwość Jarosława Kaczyńskiego, z drugiej powstającą partię Mateusza Morawieckiego. Oba środowiska będą oczywiście zapewniać, że chodzi o przyszłość Polski, wielkie idee i odbudowę prawicy. W rzeczywistości coraz wyraźniej widać jednak walkę o posłów, wpływy, stanowiska i pieniądze. Co więcej, polityczna wojenka dwóch partyjek wyrosłych z tego samego pnia będzie się toczyła również za pieniądze podatników.
Waldemar Buda, jeden z najbliższych współpracowników Morawieckiego, otwarcie zapowiada kolejne transfery z PiS. – Mamy jeszcze amunicję, której nie wykorzystujemy w tym momencie – powiedział „Gazecie Wyborczej”. W tym przypadku „amunicją” są oczywiście ludzie, a dokładniej parlamentarzyści, którzy formalnie pozostają jeszcze w dotychczasowych strukturach, ale podobno czekają tylko na odpowiednią chwilę, aby zmienić polityczne barwy. Buda zapewnia, że będą „zaskakujące nazwiska”, które mają się objawić jako współorganizatorzy nowej partii. Ma to być, jak przekonuje, „element nowości, świeżości” nadający całemu przedsięwzięciu dynamikę.
Ze „świeżością” warto jednak uważać. Trudno bowiem przedstawiać jako wielką polityczną nowość ugrupowanie tworzone przez byłego premiera PiS, byłych ministrów PiS, posłów PiS i europosłów PiS. To trochę tak, jakby restauracja zmieniła szyld, pozostawiła kucharzy, kelnerów oraz menu i ogłosiła narodziny zupełnie nowej kuchni. Morawiecki nie pojawił się przecież w polskiej polityce wczoraj. Przez lata należał do ścisłego kierownictwa obozu władzy i przez sześć lat kierował rządem Zjednoczonej Prawicy.
Jeszcze zabawniej brzmią więc deklaracje jego współpracowników o potrzebie pragmatyzmu i odrzuceniu populizmu. – Radykalizm i populizm sprawdzają się wyłącznie wtedy, kiedy człowiek chce dojść do władzy. Natomiast później dochodzi do katastrofy – przekonuje Buda. To niezwykle ciekawa refleksja w ustach byłego ministra rządu Morawieckiego. Wypadałoby jedynie zapytać, kiedy politycy dzisiejszego Rozwoju Plus dokonali tego odkrycia. Przed wejściem do rządu PiS, podczas sprawowania władzy czy dopiero wtedy, gdy ich drogi z Kaczyńskim zaczęły się rozchodzić?
Nie lepiej wygląda druga strona tego konfliktu. PiS zamiast zastanowić się nad przyczynami własnych problemów, będzie teraz pilnował parlamentarzystów, dyscyplinował wahających się i próbował podbierać ludzi Morawieckiemu. Tamci odpowiedzą kolejnymi transferami. Buda już zapowiada parlamentarzystów, którzy „na wciśnięcie guzika zrobią »coming out« i ogłoszą, że przystępują do nas”. Rozpoczyna się więc polityczne okienko transferowe, w którym zawodnicy będą przechodzić z jednego klubu do drugiego, chociaż jeszcze niedawno wszyscy grali w tej samej drużynie.
Problem polega na tym, że nie mamy do czynienia z dwoma prywatnymi stowarzyszeniami utrzymywanymi wyłącznie ze składek swoich członków. Posłowie otrzymują uposażenia i diety z budżetu państwa, partie korzystają z publicznych subwencji, a działalność parlamentarna wiąże się z kolejnymi wydatkami ponoszonymi przez państwo. Im bardziej rozłam będzie się pogłębiał, tym więcej energii i zasobów zostanie zużytych na wewnętrzną wojnę środowiska, które jeszcze niedawno wspólnie rządziło Polską.
Jedni będą teraz przekonywać, że Morawiecki zdradził Kaczyńskiego, drudzy – że Kaczyński zamienił PiS w skansen. Jedni będą podbierali drugim posłów, drudzy odpowiedzą próbami odbicia parlamentarzystów. Do tego dojdą konferencje, objazdy kraju, nowe struktury, partyjne biura i niekończące się wzajemne oskarżenia. Wszystko oczywiście zostanie opakowane w górnolotne deklaracje o „nowości”, „racjonalności”, „patriotyzmie” i trosce o przyszłość Polski.
Największa ironia polega jednak na tym, że obie strony będą próbowały przekonać Polaków, iż reprezentują dwa zupełnie różne projekty polityczne. Tymczasem przez lata wspólnie rządziły, wspólnie głosowały i wspólnie ponoszą odpowiedzialność za bilans ośmiu lat rządów PiS. Morawiecki nie jest człowiekiem z zewnątrz, który właśnie przyszedł naprawiać prawicę. Jest byłym premierem Kaczyńskiego. Jego dzisiejsi współpracownicy są w dużej mierze byłymi ludźmi PiS.
Teraz dawni koledzy zaczynają się wzajemnie podgryzać i liczyć szable. Zapowiedź Budy pokazuje, że wojna dopiero się rozkręca, a kolejne „zaskakujące nazwiska” mają być wyciągane w odpowiednio dobranym momencie. Możemy więc szykować się na długi spektakl politycznych transferów, zdrad i kontrataków. PiS i partia Morawieckiego będą walczyć między sobą o ten sam elektorat i tych samych polityków. A przynajmniej część rachunku za tę prawicową wojenkę, jak zwykle, zostanie wystawiona podatnikom.











