Jeszcze kilka miesięcy temu Przemysław Czarnek miał być nową nadzieją Prawa i Sprawiedliwości. Człowiekiem, który poderwie partię, zmobilizuje prawicowy elektorat i w 2027 roku poprowadzi ją z powrotem do władzy. Jarosław Kaczyński osobiście namaścił go na kandydata na premiera. Dziś wszystko wskazuje na to, że „projekt Czarnek” zbliża się do końca. I trudno określić ten eksperyment inaczej niż jako spektakularną klęskę PiS.
Według informacji „Rzeczpospolitej” decyzja o wymianie kandydata miała już zapaść. Czarnka zastąpić może Zbigniew Bogucki, szef Kancelarii Prezydenta, albo europoseł Tobiasz Bocheński. Jeszcze ciekawsze od nazwisk potencjalnych następców są jednak słowa jednego z ważnych polityków PiS.
– PiS miało mieć dwa płuca, Mateusza Morawieckiego i Przemysława Czarnka, ale oba wysiadły. Projekt Czarnek jest skończony, wkrótce zostanie wygaszony – powiedział rozmówca gazety.
Trudno o bardziej brutalne podsumowanie sytuacji. Tym bardziej że przecież zaledwie 7 marca atmosfera była zupełnie inna. Kaczyński przedstawiał Czarnka w Krakowie niemal jako człowieka przeznaczonego do wykonania wielkiej politycznej misji. – Musimy zwyciężyć, musimy stworzyć nowy rząd. Jestem głęboko przekonany, że takim człowiekiem w tym momencie jest pan profesor Przemysław Czarnek – przekonywał prezes PiS.
Od tego momentu minęło zaledwie kilka miesięcy. Z politycznego objawienia zrobił się polityczny problem.
I właśnie to jest dla PiS najbardziej kompromitujące. Nie chodzi nawet o samego Czarnka. Politycy pojawiają się, zdobywają popularność i ją tracą. Problem polega na tym, że kierownictwo PiS kolejny raz najwyraźniej uwierzyło, iż nastroje panujące na partyjnych salach są odzwierciedleniem nastrojów całego społeczeństwa.
Czarnek świetnie pasował do twardego elektoratu PiS. Jest wyrazisty, konfliktowy, bezkompromisowy, chętnie wdaje się w ideologiczne spory. Na partyjnym wiecu takie cechy mogą być zaletą. W walce o wyborcę umiarkowanego stają się jednak poważnym obciążeniem. Tymczasem bez wyborców spoza najtwardszego pisowskiego rdzenia żadnego powrotu do samodzielnego rządzenia nie będzie.
Polacy powiedzieli zresztą PiS, co sądzą o jego kandydacie, wyjątkowo jasno. W sondażu United Surveys by IBRiS aż 31,6 proc. respondentów odpowiedziało, że „zdecydowanie nie” wierzy, iż Czarnek może zapewnić PiS zwycięstwo w wyborach parlamentarnych w 2027 roku. Kolejne 28,4 proc. wybrało odpowiedź „raczej nie”.
Razem to 60 proc.
W sukces Czarnka wierzyło natomiast zaledwie 17,6 proc. badanych. Trudno budować narrację o przyszłym premierze, jeżeli niemal trzy i pół razy więcej Polaków nie wierzy w jego zwycięstwo, niż uważa je za prawdopodobne.
Dlatego „projekt Czarnek” był czymś więcej niż personalną pomyłką. Stał się kolejnym dowodem politycznego zamknięcia PiS we własnej bańce. Partia najpierw kreuje nowego zbawcę, później przekonuje swoich działaczy, że właśnie znalazła receptę na odzyskanie władzy, a następnie zderza się z rzeczywistością i zaczyna szukać następnego kandydata.
Teraz z kapelusza mają wyskoczyć Bogucki albo Bocheński. Być może za kilka miesięcy któryś z nich również zostanie przedstawiony jako „człowiek na ten moment”, a działacze będą zapewniać, że właśnie pojawił się przyszły premier.
Tyle że problem PiS nie polega na braku odpowiedniego nazwiska na plakacie. Problem jest znacznie poważniejszy: partia najwyraźniej nie potrafi odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego straciła władzę i jak odzyskać wyborców, którzy od niej odeszli.
Czarnek miał być odpowiedzią. Okazał się kolejnym pytaniem.
A skoro politycy samego PiS mówią już, że „projekt Czarnek jest skończony”, trudno o bardziej wymowne epitafium dla pomysłu, który jeszcze w marcu miał prowadzić partię Kaczyńskiego do wielkiego zwycięstwa.











