Mateusz Morawiecki ma coraz większy problem. I nie chodzi już tylko o przeciwników politycznych, ludzi rozliczających jego rządy czy dawnych kolegów z PiS, którzy dziś z rosnącą ochotą przypominają błędy byłego premiera. Trudne pytania zaczynają padać również tam, gdzie jeszcze niedawno Morawiecki mógł liczyć na znacznie więcej wyrozumiałości. W „Do Rzeczy” Jan Pospieszalski pyta wprost: „Panie Premierze, co z COVID-19, co z sanitaryzmem, co z 200 tys. nadmiarowych zgonów?”.
To pytanie jest dla Morawieckiego wyjątkowo niewygodne, bo dotyczy okresu, którego były premier najwyraźniej nie chce dziś szczegółowo rozliczać. Podczas rozmowy w „Rymanowski Live”, odpowiadając na pytanie widza, Morawiecki tłumaczył, że wobec nieznanej epidemii musiał zaufać epidemiologom, którzy byli wówczas jedynymi znanymi w Polsce autorytetami w tej dziedzinie. Problem w tym, że to bardziej usprawiedliwienie niż odpowiedź.
Premier nie jest przecież komentatorem telewizyjnym ani przypadkowym obserwatorem wydarzeń. To on stoi na czele rządu, podejmuje decyzje, podpisuje rozporządzenia i ponosi polityczną odpowiedzialność za ich skutki. Zdanie „zaufałem ekspertom” może tłumaczyć mechanizm podejmowania decyzji, ale nie zamyka dyskusji o ich konsekwencjach. Zwłaszcza gdy chodzi o zamykanie gospodarki, szkół, ograniczanie dostępu do ochrony zdrowia i restrykcje, które głęboko ingerowały w codzienne życie milionów ludzi.
I właśnie dlatego pytanie Pospieszalskiego jest dla byłego premiera tak kłopotliwe. Nie dotyczy ono tego, czy w marcu 2020 roku Morawiecki znał przyszłość. Oczywiście nie znał. Dotyczy tego, czy później, kiedy pojawiało się coraz więcej danych i wątpliwości, rząd potrafił korygować własną politykę. Czy analizował koszty kolejnych ograniczeń? Czy badał ich wpływ na diagnostykę innych chorób? Czy ktoś poniósł polityczną odpowiedzialność za błędne decyzje? I przede wszystkim: czego Morawiecki nauczył się z tamtego okresu?
Na te pytania znacznie trudniej odpowiedzieć zdaniem o „zaufaniu epidemiologom”.
Co znamienne, krytyka pojawia się właśnie w „Do Rzeczy”. Jeszcze ciekawsze jest to, że portal eksponuje pytanie o COVID, „sanitaryzm” i nadmiarowe zgony już w zapowiedzi tekstu Pospieszalskiego. To pokazuje, że wokół Morawieckiego zmienia się klimat. Były premier najwyraźniej przestaje korzystać z taryfy ulgowej również po prawej stronie.
Przez lata Mateusz Morawiecki budował wizerunek sprawnego technokraty: człowieka od liczb, analiz, wykresów i wielkich gospodarczych strategii. Tyle że technokrata powinien być szczególnie przygotowany do rozliczenia własnych decyzji. Powinien umieć powiedzieć: tu mieliśmy rację, tu się pomyliliśmy, tego nie przewidzieliśmy, a tę decyzję podjęlibyśmy dziś inaczej.
Tymczasem były premier coraz częściej sprawia wrażenie polityka, który chętnie mówi o przyszłości Polski, ale znacznie mniej chętnie rozmawia o własnej przeszłości.
I być może właśnie dlatego pytanie Pospieszalskiego jest ważniejsze niż kolejna awantura Morawieckiego z partyjnymi rywalami. Jeśli nawet środowiska prawicowe zaczynają pytać byłego premiera o rachunek za decyzje z czasów pandemii, to znaczy, że kończy się okres wygodnego przemilczania.
Morawiecki może oczywiście dalej powtarzać, że słuchał autorytetów. Ale człowiek, który był premierem, sam musi w końcu odpowiedzieć za decyzje swojego rządu. Tego obowiązku nie można przerzucić na epidemiologów.











