W Prawie i Sprawiedliwości dzieją się rzeczy niemal rewolucyjne. Jacek Sasin zaczął właśnie publicznie zastanawiać się, czy rozdawanie pieniędzy przez państwo zawsze ma sens. Człowiek, który przez lata należał do ścisłego kierownictwa obozu władzy Mateusza Morawieckiego, dziś patrzy na kolejne pomysły byłego premiera i pyta: „Jaki cel chcemy przez to osiągnąć?”. Można oczywiście zapytać: gdzie ta refleksja była wcześniej?
Mateusz Morawiecki i jego stowarzyszenie Rozwój Plus proponują tzw. pensję rodzicielską. Jeden z rodziców dziecka do trzeciego roku życia miałby otrzymywać świadczenie odpowiadające płacy minimalnej, oskładkowane i opodatkowane, zamiast 800 plus. Pomysł brzmi efektownie, zwłaszcza w prezentacji politycznej. Problem w tym, że państwowy budżet nie jest workiem bez dna, a skutecznej polityki demograficznej nie da się sprowadzić do kolejnego przelewu.
I tu niespodziewanie pojawia się Sasin. „Zawsze mogą się podobać projekty, które polegają na tym, że państwo rozdaje pieniądze, tylko jaki cel chcemy przez to osiągnąć?” – pyta były wicepremier. Trudno nie przyznać, że pytanie jest rozsądne. Jeszcze trudniej zapomnieć, kto je zadaje.
Sasin przez lata siedział przecież przy tym samym rządowym stole, przy którym Mateusz Morawiecki podpisywał kolejne programy wydatkowe. PiS wydawało publiczne pieniądze z rozmachem, jakby dobra koniunktura miała trwać wiecznie, inflacja była zjawiskiem egzotycznym, a rachunek nigdy nie miał trafić do podatnika. Teraz nagle okazuje się, że samo rozdawanie pieniędzy może nie wystarczyć. Lepiej późno niż wcale.
Być może właśnie to jest najbardziej optymistyczna wiadomość płynąca z dzisiejszej wojny domowej w PiS. Politycy tej partii zaczynają wreszcie mówić publicznie o czymś, co przez lata było niemal herezją: Morawiecki jako premier po prostu przepalał ogromne ilości publicznych pieniędzy, wierząc, że każdą społeczną bolączkę można zasypać transferem. Nie można.
Dobrym przykładem jest właśnie demografia. Polska wydawała coraz więcej na politykę rodzinną, a liczba urodzeń mimo to dramatycznie malała. To powinno prowadzić do elementarnego wniosku: pieniądze mogą pomóc rodzinie, ale nie rozwiążą problemów mieszkań, żłobków, stabilności zatrudnienia, dostępności opieki zdrowotnej czy niepewności młodych ludzi. Sasin mówi dziś: „W grę wchodzą zupełnie inne sprawy, którymi musimy się zająć”. Brawo. Tylko dlaczego PiS potrzebowało tylu lat, by dojść do czegoś tak oczywistego?
Jeszcze zabawniej brzmi inny zarzut Sasina. Przypomina on, że Morawiecki miał być kiedyś przeciwnikiem 500 plus. „Mnie to trochę dziwi, ponieważ pan premier, kiedy był program 500 plus dyskutowany i proponowany przez PiS, to był jego przeciwnikiem” – mówi. Jeśli wierzyć tej relacji, polityczny życiorys Morawieckiego zatoczył piękne koło: najpierw sceptyczny wobec rozdawania pieniędzy, później premier rządu, który uczynił transfery jednym z podstawowych narzędzi polityki, a teraz autor następnego gigantycznego świadczenia. To już nie program gospodarczy, lecz polityczna licytacja.
Nie oznacza to jednak, że Sasin zasługuje na medal za rozsądek. Był jednym z najważniejszych ludzi systemu, który dziś krytykuje. Nie obserwował rządów Morawieckiego z ław opozycji. Sam był ich częścią, dlatego jego dzisiejsze zdziwienie ma w sobie sporą porcję hipokryzji. Ale nawet hipokryzja może czasem prowadzić do pożytecznych wniosków.
Jeżeli bowiem politycy PiS zaczynają sami mówić, że nie każdy problem rozwiązuje się przelewem z budżetu, to jest to pewien postęp. Niewielki, mocno spóźniony i podszyty wewnętrzną wojną z Morawieckim, ale jednak postęp. Sasin mówi, że nie zamierza zajmować się byłym premierem: „Niech sobie prowadzi swoją działalność tak jak uważa, jego sprawa”. Sądząc po częstotliwości jego komentarzy o Morawieckim, wychodzi mu to średnio.
Jeśli jednak dzięki tej awanturze PiS odkryje wreszcie, że publiczne pieniądze trzeba nie tylko wydawać, ale jeszcze zastanawiać się po co, to może z partyjnej wojny wyniknie przynajmniej jeden pożytek. Lepiej późno niż wcale.











