Jarosław Kaczyński od lat nie potrafi rozstać się ze Smoleńskiem. Katastrofa z 10 kwietnia 2010 roku przestała być w jego politycznym języku tragedią wymagającą pamięci, powagi i szacunku dla ofiar. Stała się narzędziem mobilizowania własnego elektoratu, oskarżania przeciwników i podtrzymywania opowieści o Polsce podzielonej na patriotów oraz zdrajców. Podczas kolejnej miesięcznicy prezes PiS ponownie pokazał, że nie zamierza z tej metody rezygnować.
„Będą ukarani także ci, którzy robią to wszystko, co dzieje się w Polsce po 13 grudnia 2023 roku. Polska znów będzie praworządna i znów będzie demokratyczna” – zapowiedział Kaczyński. Samo zestawienie „praworządności” z zapowiedzią ukarania politycznych przeciwników brzmi osobliwie. W demokratycznym państwie o winie i karze nie decyduje prezes partii podczas politycznego wiecu. Od tego są prokuratura i niezależne sądy. Kaczyński zdaje się jednak konsekwentnie uważać, że najpierw można wskazać winnych, a dopiero później szukać paragrafów.
Jeszcze mocniej zabrzmiały jego słowa dotyczące katastrofy smoleńskiej. „Jestem pewien, że przyjdzie dzień zwycięstwa, zwycięstwa i ukarania tych, którzy tutaj są, ale przede wszystkim ukarania tych, którzy za tym wszystkim, za tą zbrodnią stali. Rosja jest poza naszym zasięgiem, ale tych w Polsce złapiemy i ukarzemy” – mówił prezes PiS.
To już nie jest język żałoby. To język politycznej zemsty.
Kaczyński może oczywiście uważać, że katastrofa smoleńska była wynikiem zamachu. Problem w tym, że przez lata państwo kierowane przez jego własną partię nie przedstawiło dowodów, które pozwalałyby takie twierdzenie uznać za bezsporny fakt. PiS miał osiem lat rządów, aparat państwa, prokuraturę, służby specjalne, komisje i ogromne środki finansowe. Jeżeli po tym wszystkim prezes wciąż musi podczas miesięcznic zapowiadać przyszłe „złapanie i ukaranie” winnych, trudno uznać to za świadectwo skuteczności.
Dlatego trafna jest krótka reakcja Radosława Sikorskiego. Minister spraw zagranicznych przypomniał: „W sądzie przedstawił jako dowód raport Millera. Na potrzeby wypłaty odszkodowania też był wypadek”.
W tych dwóch zdaniach jest więcej konkretu niż w całym kolejnym smoleńskim przemówieniu Kaczyńskiego. Sikorski wskazuje bowiem na zasadniczą sprzeczność. Jeżeli w konkretnych postępowaniach prawnych korzysta się z dokumentów opisujących katastrofę jako wypadek lotniczy, trudno równocześnie bez przedstawienia nowych, rozstrzygających dowodów opowiadać tłumowi o „zbrodni” i zapowiadać karanie jej krajowych sprawców.
Kaczyńskiemu takie rozróżnienia najwyraźniej jednak nie są potrzebne. Smoleńsk od dawna nie pełni w jego polityce funkcji sprawy do wyjaśnienia, lecz mitu politycznego, który ma być wiecznie żywy. Muszą być więc ofiary, muszą być winni, musi istnieć zdrada i musi nadejść dzień rozliczenia.
Szczególnie niepokojące jest przy tym określanie przeciwników mianem „lumpenproletariatu”. Można potępiać awantury, prowokacje czy zakłócanie uroczystości. Ale lider największej partii opozycyjnej powinien umieć odróżnić krytykę konkretnych zachowań od pogardliwego piętnowania całych grup ludzi. Tymczasem Kaczyński po raz kolejny wybiera język, który konflikt nie wygasza, lecz świadomie podsyca.
Sikorski odpowiedział inaczej: nie wielkimi słowami, lecz przypomnieniem faktów. I właśnie dlatego jego riposta jest dla prezesa PiS tak niewygodna. Polityczne legendy źle znoszą zderzenie z dokumentami.
Po szesnastu latach od katastrofy smoleńskiej Polska potrzebuje pamięci o jej ofiarach, ale nie potrzebuje niekończącego się politycznego procesu, w którym Jarosław Kaczyński jednocześnie występuje w roli oskarżyciela, sędziego i autora wyroku. Państwo prawa zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończą się takie praktyki.











