Jarosław Kaczyński najwyraźniej wciąż nie przyzwyczaił się do myśli, że prezydent Rzeczypospolitej nie jest funkcjonariuszem Prawa i Sprawiedliwości. Z wypowiedzi prezesa PiS wynika bowiem, że Karol Nawrocki powinien czym prędzej porzucić pozory ponadpartyjności i zabrać się do pracy na rzecz jednoczenia prawicy. Najlepiej „energicznie”, bo przecież prezes już kiedyś o to prosił.
– Ja prezydenta swego czasu o to prosiłem i mam nadzieję, że to podejmie. Krótko mówiąc, byłoby bardzo dobrze, żeby prezydent się za to energicznie wziął – powiedział Kaczyński.
Trudno o bardziej czytelne pokazanie, jak Jarosław Kaczyński rozumie rolę głowy państwa. Prezydent nie ma być arbitrem stojącym ponad partyjnymi sporami, lecz politycznym narzędziem służącym do porządkowania prawej strony sceny politycznej. Ma pomagać PiS, dogadywać się z konkurencyjnymi środowiskami i kleić obóz, który coraz wyraźniej ma problem z własną spójnością.
Kaczyński właściwie mówi Nawrockiemu publicznie: dostałeś urząd, teraz wykonaj polityczne zadanie.
Problem w tym, że Karol Nawrocki sam przez długi czas przekonywał, iż nie jest partyjnym kandydatem na posyłki, lecz politykiem mającym własny mandat i własną podmiotowość. Jeśli teraz rzeczywiście zacznie występować w roli patrona „zjednoczenia prawicy”, trudno będzie utrzymać tę opowieść. Prezydent wszystkich Polaków zamieni się w honorowego przewodniczącego negocjacji pomiędzy PiS a jego potencjalnymi sojusznikami.
I tu odpowiedzialność spada również na Nawrockiego. Może przecież odpowiedzieć Kaczyńskiemu, że nie od tego jest prezydent. Może przypomnieć, że Pałac Prezydencki nie jest kolejną siedzibą komitetu politycznego PiS. Może wreszcie pokazać, że posiada elementarną polityczną samodzielność. Jeśli tego nie zrobi, potwierdzi tylko podejrzenia swoich krytyków, że jego deklarowana niezależność kończy się tam, gdzie zaczynają się oczekiwania prezesa.
Charakterystyczne jest również to, w jakim kontekście Kaczyński formułuje swoje oczekiwania. Przy okazji miesięcznicy smoleńskiej ponownie mówi o kontrdemonstracjach i zapowiada poszukiwanie sposobów na ich ograniczenie.
– Jest łamane prawo, na co nie ma w tej chwili sposobu, ale myślimy nad rozwiązaniami, które bardzo utrudnią kontrdemonstracje w przyszłości – mówił.
To zdanie powinno zwracać uwagę niezależnie od politycznych sympatii. Lider dużej partii opozycyjnej nie mówi, że należy skuteczniej egzekwować istniejące przepisy. Mówi o „rozwiązaniach”, które mają „bardzo utrudnić kontrdemonstracje”. Znów pojawia się więc charakterystyczny dla Kaczyńskiego sposób myślenia: problemem nie jest spór polityczny, lecz fakt, że przeciwnicy polityczni mają możliwość publicznego demonstrowania swojego sprzeciwu.
W tle mamy zatem dwie wizje państwa, które dziwnie dobrze się ze sobą łączą. Pierwsza zakłada prezydenta jako aktywnego organizatora jednego obozu politycznego. Druga – państwo szukające sposobów, aby utrudniać działalność tym, którzy temu obozowi przeszkadzają.
Nawrocki znalazł się więc przed prostym testem. Jeżeli „energicznie” zabierze się za jednoczenie prawicy na życzenie Kaczyńskiego, trudno będzie dalej przedstawiać go jako autonomiczną głowę państwa. Stanie się uczestnikiem partyjnej rozgrywki, nawet jeśli Pałac Prezydencki będzie nazywał ją troską o stabilność polityczną.
Kaczyński natomiast kolejny raz pokazuje, że instytucje państwa najchętniej widziałby jako element większej politycznej układanki, której centrum znajduje się przy Nowogrodzkiej. Prezydent ma jednoczyć jego obóz, demonstranci mają mniej przeszkadzać, a prawica ma znów stanąć w jednym szeregu.
Pozostaje tylko pytanie, czy Karol Nawrocki chce być prezydentem Rzeczypospolitej, czy prezydentem do zadań specjalnych Jarosława Kaczyńskiego.











