Jarosław Kaczyński po raz kolejny pokazał, że katastrofa smoleńska nie jest dla niego wyłącznie narodową tragedią, którą należy wspominać z powagą i szacunkiem. Stała się również narzędziem politycznej walki, sposobem na mobilizowanie własnego elektoratu i pretekstem do formułowania coraz bardziej radykalnych oskarżeń pod adresem przeciwników. Tym razem prezes PiS poszedł wyjątkowo daleko.
– Chcemy oddać hołd zamordowanym przez zbrodniczy reżim Putina w Smoleńsku. Wrzaski lumpenproletariatu tego nie zmienią – mówił Kaczyński podczas kolejnej miesięcznicy smoleńskiej.
Już samo użycie słowa „zamordowanym” jest znaczące. Katastrofa smoleńska była przedmiotem wieloletnich badań, śledztw, ekspertyz i politycznych sporów. Kaczyński jednak nie pozostawia miejsca na wątpliwości. W jego narracji nie ma katastrofy. Jest zbrodnia. Nie ma pytań. Są winni. Problem polega na tym, że polityczna pewność prezesa PiS nie jest tym samym co dowód.
Jeszcze bardziej niepokojąco brzmią zapowiedzi dotyczące przyszłości.
– Ci, którzy będą chcieli podnieść rękę, będą zatrzymani, a następnie surowo, w sposób odstraszający, ukarani – zapowiedział prezes PiS.
To nie jest język polityka przekonującego obywateli do własnego programu. To język człowieka zapowiadającego rozliczenia. Kaczyński właściwie otwarcie mówi, że po odzyskaniu władzy jego obóz polityczny będzie karał tych, których dziś uznaje za przeciwników. Dodaje przy tym, że „nowa władza wszystkie te sprawy załatwi”.
Jakie sprawy? Kto dokładnie ma zostać ukarany? Za co? O tym Kaczyński mówi znacznie mniej. Najważniejsze jest pozostawienie wrażenia, że istnieje jakaś długa lista winnych, a prezes PiS już dziś wie, co z nimi zrobić.
Szczególnie groteskowo brzmi to w ustach polityka, który jednocześnie zapewnia, że chodzi mu o przywrócenie demokracji i praworządności. Kaczyński obiecuje więc demokrację poprzez „odstraszające” karanie przeciwników oraz praworządność poprzez zapowiedź przyszłych represji. Orwell nie wymyśliłby tego lepiej.
Prezes PiS sięga również po swoją ulubioną metodę: sugestię, że za ludźmi, którzy mu przeszkadzają, stoją tajemnicze zagraniczne siły.
– Nie wiem też, co robią służby specjalne, bo z całą pewnością są tutaj związki sięgające poza Polskę – stwierdził.
„Z całą pewnością” – choć jednocześnie trzeba dopiero „to ustalić”. Logika tej wypowiedzi jest charakterystyczna dla politycznego stylu Kaczyńskiego. Najpierw pojawia się oskarżenie, później ewentualnie można poszukać dowodów. Jeśli ich nie ma, pozostaje sugestia. A sugestia, zwłaszcza powtarzana przez lata, potrafi być politycznie równie skuteczna jak fakt.
Najbardziej przygnębiające jest jednak określenie protestujących mianem „lumpenproletariatu”. Można nie zgadzać się z kontrdemonstrantami. Można uważać ich zachowanie za niestosowne. Można domagać się spokojnego przebiegu uroczystości. Ale lider największej partii opozycyjnej powinien rozumieć, że pogarda wobec obywateli nie jest programem politycznym.
Kaczyński od lat dzieli Polaków na lepszych i gorszych, patriotów i zdrajców, swoich i obcych. Teraz do tego politycznego słownika dopisuje „lumpenproletariat”, zagraniczne powiązania i zapowiedź odstraszających kar.
Smoleńsk miał być miejscem pamięci. W wykonaniu Kaczyńskiego coraz częściej staje się scenografią politycznej vendetty.
I być może właśnie na tym polega największa porażka prezesa PiS. Człowiek, który przez lata twierdził, że walczy o pamięć ofiar, coraz częściej wykorzystuje ich pamięć jako argument w bieżącej wojnie politycznej. A im częściej zapowiada „dzień zwycięstwa” i karanie kolejnych przeciwników, tym mniej przypomina przywódcę demokratycznej partii, a bardziej polityka, który nie może pogodzić się z tym, że nie cała Polska chce maszerować za nim.











