Donald Tusk w sprawie afery z pieniędzmi dla powodzian zrobił dokładnie to, czego należy oczekiwać od premiera: nie próbował problemu pomniejszać, nie szukał winnych w mediach, nie zasłaniał własnego środowiska politycznego. Zapowiedział wyjaśnienie sprawy i konsekwencje bez względu na partyjną legitymację osób, których dotyczą podejrzenia. To może wydawać się oczywistością, ale po ośmiu latach rządów PiS warto przypomnieć, że w polskiej polityce oczywistością wcale nie było.
„Wypalimy każdy przypadek nieuczciwego rozdysponowania pieniędzy dla powodzian” – zapowiedział Tusk przed posiedzeniem Rady Ministrów. I dodał jeszcze mocniej: „Nie będzie litości dla takich ludzi”. Nie są to słowa wygodne dla Koalicji Obywatelskiej, bo w centrum sprawy znalazła się przecież osoba związana właśnie z KO. Tym bardziej jednak warto zauważyć, że premier nie próbował budować wokół niej politycznego parasola ochronnego.
Sprawa Karkonoskiej Agencji Rozwoju Regionalnego rzeczywiście wymaga bezwzględnego wyjaśnienia. Pojawiło się podejrzenie, że publiczne pieniądze przeznaczone na pomoc po katastrofalnej powodzi trafiały do osób powiązanych z ludźmi decydującymi o ich przyznaniu, choć istnieją poważne wątpliwości, czy ich nieruchomości rzeczywiście ucierpiały. Jak powiedział Tusk, osoby odpowiedzialne za decyzje mogły „ratować swoich”. Jeśli te podejrzenia się potwierdzą, nie może być żadnej taryfy ulgowej.
Najważniejsze jest jednak to, czego PiS w swoim politycznym oburzeniu nie chce zauważyć. Państwo zaczęło działać, zanim sprawa stała się wielkim medialnym skandalem. CBA prowadzi kontrolę programu pożyczek KARR od 29 kwietnia 2026 roku. Tomasz Siemoniak potwierdził, że „wszystko, co dotyczy tej agencji i dotacji, jest wnikliwie badane przez CBA”. Kontrolę prowadzi również resort rozwoju.
To zasadniczo osłabia narrację PiS, według której dopiero opozycja zmusiła władzę do zainteresowania się sprawą. Można oczywiście pytać, dlaczego kontrola trwa tak długo i dlaczego polityczne konsekwencje nie przyszły wcześniej. Sam autor ustaleń Wirtualnej Polski zwraca uwagę, że publiczne oburzenie polityków KO nastąpiło dopiero po publikacji medialnej. To uzasadniona uwaga. Jednak nie zmienia faktu, że CBA zajmowało się sprawą od miesięcy, a Anna Konieczyńska została zawieszona w prawach członka KO już 23 czerwca.
I tu właśnie warto przypomnieć sobie praktykę Prawa i Sprawiedliwości. Gdy za rządów PiS pojawiały się kolejne kontrowersje dotyczące publicznych pieniędzy, odpowiedzialność polityczna niezwykle często rozpływała się w morzu tłumaczeń. Zamiast prostego komunikatu: „sprawdzamy, wyjaśniamy, a winni poniosą konsekwencje”, Polacy słyszeli opowieści o atakach opozycji, zemście politycznej, medialnych manipulacjach albo rzekomych próbach obalenia rządu.
Tusk prezentuje inną filozofię odpowiedzialności. „Nieważne, czy ktoś jest członkiem Koalicji Obywatelskiej, czy jakiejkolwiek innej partii” – powiedział. Właśnie tego należy oczekiwać od premiera. Nie niewinności wszystkich ludzi własnego obozu, bo żadna duża partia nie może jej zagwarantować. Standardem powinno być coś innego: reakcja wtedy, gdy pojawiają się poważne podejrzenia.
Opozycja ma oczywiście pełne prawo patrzeć obecnej władzy na ręce. PiS powinno drążyć tę sprawę, domagać się dokumentów i wyjaśnień. Problem zaczyna się wtedy, kiedy partia Kaczyńskiego próbuje występować jako wzorzec przejrzystości i politycznej odpowiedzialności. W tej roli zwyczajnie brakuje jej wiarygodności.
Tusk nie powinien więc wycofywać się ani o krok. Jeśli doszło do nadużyć, sprawa powinna skończyć się nie tylko zwrotem pieniędzy, ale również konsekwencjami karnymi i politycznymi. Właśnie w ten sposób można pokazać różnicę między państwem, które chroni swoich, a państwem, które kontroluje również swoich.
I ta różnica może okazać się dla PiS najbardziej niewygodna.











