Mateusz Morawiecki znów znalazł sposób, żeby znaleźć się w centrum wydarzeń. Tym razem wykorzystuje aferę wokół pieniędzy przeznaczonych dla przedsiębiorców poszkodowanych przez powódź. Były premier uruchamia specjalny serwis do zgłaszania nieprawidłowości, apeluje o nagłaśnianie sprawy i oczywiście natychmiast wskazuje politycznego winnego. „Pieniądze dla powodzian są dla powodzian. Nie dla ludzi Donalda Tuska” – napisał w mediach społecznościowych.
Brzmi efektownie. Jest odpowiednio krótkie, agresywne i nadaje się do udostępniania w internecie. Problem w tym, że bardziej przypomina tani slogan wyborczy niż poważną reakcję byłego premiera na podejrzenie nadużycia publicznych pieniędzy.
Sprawa jest niewątpliwie bulwersująca. Około 4,5 mln zł pomocy miało trafić do trzech firm z Dziwiszowa na Dolnym Śląsku. Firma należąca do męża Anny Konieczyńskiej otrzymała 200 tys. zł, spółka jej sąsiada około 3,2 mln zł, a ponad 1,12 mln zł trafiło do kolejnego lokalnego przedsiębiorstwa. Konieczyńska była wiceprezes Karkonoskiej Agencji Rozwoju Regionalnego i członkinią Koalicji Obywatelskiej.
Tyle że jej własna partia nie zaczęła tworzyć teorii spiskowych ani przekonywać, że cała sprawa jest wymierzonym w KO politycznym atakiem. Konieczyńska została zawieszona w prawach członka partii, a następnie straciła stanowisko w agencji. Instytucje państwa badają sprawę. Jeśli doszło do przestępstwa albo nadużycia, odpowiedzialni powinni ponieść konsekwencje.
I właśnie w tym momencie na scenę wchodzi Morawiecki ze swoim internetowym megafonem. „Dlatego jako Rozwój Plus uruchomiliśmy specjalny serwis do zgłaszania możliwych nadużyć związanych z pomocą dla powodzian – zawyżonych wycen, fikcyjnych szkód, pieniędzy dla znajomych i innych nieprawidłowości” – oznajmił. A następnie zaapelował: „Pomóż nam nagłośnić sprawę. Podaj dalej!”.
To ostatnie zdanie najlepiej pokazuje istotę całej operacji. Nie chodzi tylko o wyjaśnienie sprawy. Chodzi również, a może przede wszystkim, o zasięg. O kliknięcie, udostępnienie, polityczny efekt. „Podaj dalej” brzmi bardziej jak hasło influencera walczącego o statystyki w mediach społecznościowych niż komunikat polityka, który przez kilka lat kierował polskim rządem.
Morawiecki najwyraźniej uznał, że każdy skandal można zamienić w kolejną odsłonę własnej kampanii politycznej. Nie wystarcza mu działalność prokuratury, CBA czy innych instytucji państwa. Potrzebuje własnego serwisu, własnej akcji, własnej narracji i – rzecz jasna – własnego zdjęcia w centrum całej historii.
To szczególnie osobliwe w przypadku człowieka, który jako premier kierował państwem w czasie, gdy wokół sposobu wydawania publicznych pieniędzy narastały kolejne kontrowersje. PiS nie pozostawiło po sobie przecież legendy skrupulatnego i przejrzystego gospodarowania środkami podatników. Tymczasem dziś Morawiecki próbuje występować w roli naczelnego kontrolera cudzych wydatków.
Nie ma nic złego w tworzeniu kanału dla sygnalistów, jeśli rzeczywiście ma on pomóc w ujawnianiu nadużyć. Ale polityczny kontekst trudno zignorować. Zwłaszcza gdy całość opakowana jest hasłem „Nie dla ludzi Donalda Tuska”, zanim jeszcze wiadomo, jaka była pełna skala procederu i kto dokładnie ponosi odpowiedzialność.
Morawiecki nie szuka bowiem wyłącznie prawdy. Szuka również łatwego politycznego zwycięstwa. Najlepiej takiego, które mieści się w jednym poście, daje się zakończyć wykrzyknikiem i można opatrzyć wezwaniem: „Podaj dalej!”.
To polityka taniego poklasku: prosta, głośna i efektowna. Tyle że państwa nie naprawia się zasięgami w mediach społecznościowych. A były premier powinien wiedzieć to lepiej niż ktokolwiek.











