Prawo i Sprawiedliwość najwyraźniej zaczyna się bać. Nie tyle jednak o sam Trybunał Konstytucyjny, ile o to, co stanie się wtedy, gdy instytucja przez lata traktowana przez prawicę jako jeden z najważniejszych elementów politycznego zaplecza przestanie działać po jej myśli. Wystarczyło, że konflikt wokół TK wszedł w kolejną fazę, a już pojawiła się wizja niemal apokaliptyczna: Donald Tusk przejmuje Trybunał, a następnie przy jego pomocy odsuwa Karola Nawrockiego od sprawowania urzędu.
Brzmi efektownie. Problem w tym, że pomiędzy przepisem konstytucji a politycznym horrorem rozciąga się całkiem spora przestrzeń.
Prezes TK Bogdan Święczkowski zawiadomił Prokuraturę Krajową po wydarzeniach z 14 lipca, kiedy do siedziby Trybunału weszli policjanci i prokurator. Stało się to po niewpuszczeniu na Zgromadzenie Ogólne Krystiana Markiewicza i Marcina Dziurdy, wybranych wcześniej przez Sejm na sędziów TK. Święczkowski twierdzi, że interwencja mogła zmierzać do wywarcia nacisku na Trybunał i zakłócenia jego pracy.
Spór jest więc rzeczywisty. Ale prawicowa publicystyka natychmiast przeniosła go kilka pięter wyżej.
Dr Michał Sopiński ostrzegł, że ci, którzy nie bronią Święczkowskiego, „oddają w ten sposób sąd konstytucyjny w ręce Tuska”. Następnie przedstawił jeszcze bardziej dramatyczny scenariusz: przejęty TK „może posłużyć jako oręż w zamachu stanu i zarządzić przerwę w sprawowaniu urzędu przez Prezydenta RP Karola Nawrockiego”.
I tutaj właśnie widać, czego środowisko PiS najwyraźniej zaczyna się bać. Nie tylko utraty kontroli nad Trybunałem, lecz także tego, że mechanizmy instytucjonalne, które przez lata uważało za własne zabezpieczenie, pewnego dnia mogłyby zostać wykorzystane przeciwko jego prezydentowi.
Tyle że konstytucja nie mówi, iż TK może sobie po prostu któregoś ranka „zawiesić prezydenta”. Artykuł 131 przewiduje szczególną sytuację: gdy prezydent przejściowo nie może sprawować urzędu i nie jest w stanie sam zawiadomić o tym marszałka Sejmu, to właśnie marszałek może zwrócić się do Trybunału o stwierdzenie przeszkody. Dopiero wtedy TK może powierzyć marszałkowi czasowe wykonywanie obowiązków głowy państwa.
Z tego przepisu do automatycznego „zamachu na Nawrockiego” droga jest więc bardzo daleka.
Ale w narracji PiS potrzebny jest właśnie zamach. Potrzebny jest Tusk przejmujący instytucje, potrzebny jest plan odsunięcia prezydenta, potrzebny jest wróg czający się za rogiem. Bo wtedy znacznie łatwiej zmobilizować własny elektorat i przedstawić każdą próbę zmiany obecnego układu w TK jako atak na państwo.
Podobnym tropem idzie mec. Bartosz Lewandowski, który kreśli wizję odsunięcia Święczkowskiego, przejęcia większości w Trybunale, a następnie błyskawicznego kwestionowania ustaw niewygodnych dla rządu. To już nie analiza prawna, lecz polityczny scenariusz napisany w stylistyce thrillera.
Karol Nawrocki zresztą sam od dawna ustawia się po jednej stronie tego konfliktu. Jeszcze w grudniu 2025 roku pisał o „bezpardonowym ataku na Trybunał Konstytucyjny” i oskarżał rządzących o naruszanie praworządności. W 2026 roku spór dodatkowo zaostrzyła jego decyzja dotycząca odebrania ślubowania tylko od części sędziów wybranych przez Sejm.
Dlatego dzisiejszy alarm jest także skutkiem polityki samego PiS i Nawrockiego. Przez lata prawica przyzwyczajała się do przekonania, że TK jest elementem jej bezpiecznego zaplecza. Teraz pojawiła się perspektywa utraty tego komfortu.
I chyba właśnie tego boją się najbardziej.
Nie hipotetycznego zamachu stanu, lecz utraty instytucji, która przestanie być przewidywalna. Stąd wielkie słowa, konstytucyjne katastrofy i wizja prezydenta usuwanego niemal jednym ruchem.
PiS po raz kolejny robi więc to, co potrafi najlepiej: własny polityczny lęk przedstawia jako zagrożenie dla całego państwa.











