Prawo i Sprawiedliwość oraz środowisko Mateusza Morawieckiego coraz bardziej przypominają dziś dwie konkurujące ze sobą partyjki, które zamiast zastanawiać się, jak odzyskać zaufanie wyborców, bawią się w podbieranie sobie działaczy. Najnowszym przykładem tej politycznej przepychanki jest Marcin Witko, prezydent Tomaszowa Mazowieckiego, który po wyrzuceniu z PiS zdecydował się dołączyć do stowarzyszenia Rozwój Plus.
„Oficjalnie: dołączam do Stowarzyszenia Rozwój Plus. Przez lata współpracy z Mateuszem Morawieckim przekonałem się, że rozwój wymaga pracy, konkretów i odwagi” – napisał Witko na platformie X. Dodał, że chce wykorzystać swoje „samorządowe doświadczenie” i działać „na rzecz Polski i silnych samorządów”.
Brzmi podniośle, ale polityczny kontekst jest znacznie bardziej przyziemny. Witko został w styczniu 2026 roku wykluczony z PiS po konflikcie dotyczącym władz powiatu tomaszowskiego. Teraz trafia pod skrzydła Morawieckiego. Trudno nie odnieść wrażenia, że były premier z dużą uwagą rozgląda się za każdym politykiem, którego z jakiegoś powodu odrzuca aparat Jarosława Kaczyńskiego.
To zresztą mechanizm stary jak polityka: jeden wyrzuca, drugi przygarnia. Jeden traci działacza, drugi ogłasza transfer jako dowód własnej siły. Tyle że w przypadku PiS wygląda to szczególnie groteskowo, ponieważ jeszcze niedawno partia przedstawiała się jako niezwykle zdyscyplinowany obóz, w którym nie ma miejsca na frakcje i osobiste ambicje. Dziś tych frakcji jest coraz więcej, a ich liderzy zaczynają prowadzić własne polityczne rachuby.
Konflikt stał się widoczny pod koniec lipca, kiedy kierownictwo PiS zażądało od parlamentarzystów deklaracji, że nie należą do organizacji prowadzących działalność „o charakterze politycznym”. Oczywistym adresatem tej operacji było środowisko Morawieckiego. Jarosław Kaczyński oznajmił później, że część polityków, nie podpisując wymaganych deklaracji, w praktyce zrezygnowała z członkostwa w partii.
Ludzie związani z Rozwojem Plus odpowiedzieli, że żadnej rezygnacji nie składali, a za całą operacją stoją „intryganci”, którzy próbują „wypchnąć” ich z PiS. Trudno o bardziej czytelny dowód, że wewnątrz dawnego obozu władzy trwa już nie spór programowy, lecz brutalna walka o wpływy.
Morawiecki próbuje przy tym budować własną strukturę, choć nadal korzysta z politycznego kapitału zgromadzonego dzięki PiS. Był premierem tej partii, jej twarzą przez lata i człowiekiem, którego Kaczyński wyniósł na sam szczyt polityki. Teraz najwyraźniej uznał, że przyszłość może wymagać własnego zaplecza.
Nie ma w tym nic niezwykłego. Problem zaczyna się wtedy, gdy tę partyjną grę przedstawia się jako wielki ruch obywatelski na rzecz „rozwoju”, „konkretów” i „odwagi”. Rozwój Plus coraz bardziej przypomina polityczną szalupę dla ludzi, którzy z różnych powodów przestają mieścić się w PiS.
Samo PiS również trudno w tej historii uznać za ofiarę. Kierownictwo partii zachowuje się tak, jakby nadal można było utrzymywać jedność za pomocą ultimatum, gróźb dyscyplinarnych i wyrzucania niewygodnych działaczy. Efekt jest odwrotny: każdy kolejny konflikt dostarcza Morawieckiemu potencjalnych ludzi do zagospodarowania.
I tak obie strony zaczynają „bawić się” w polityczny handel zawodnikami. Kaczyński sprawdza lojalność, Morawiecki zbiera niezadowolonych. Jedni próbują udowodnić, że bez prezesa nie ma prawicy, drudzy – że istnieje życie poza Nowogrodzką.
Największa ironia polega na tym, że wyborcy mogą patrzeć na tę zabawę z coraz mniejszym zainteresowaniem. Bo podczas gdy politycy PiS i Rozwoju Plus podbierają sobie samorządowców, posłów i działaczy, nikt jeszcze nie odpowiedział na pytanie najważniejsze: po co właściwie komu dwie wersje tej samej partii?











