PiS ma problem z Marcinem Romanowskim. I to problem coraz trudniejszy do przykrycia opowieścią o politycznych prześladowaniach, zemście obecnej władzy czy rzekomym demontażu praworządności. Według informacji RMF FM były wiceminister sprawiedliwości ma obecnie przebywać w Tyraspolu, stolicy separatystycznego Naddniestrza. Co więcej, właśnie z tego adresu miała trafić jego korespondencja do Sądu Okręgowego w Warszawie. Sam fakt, że pismo zostało wysłane z Tyraspola, potwierdziła rzeczniczka sądu.
Jeśli te informacje o miejscu pobytu Romanowskiego są prawdziwe, historia zaczyna przypominać polityczną groteskę. Naddniestrze jest jednym z najdziwniejszych miejsc w Europie: separatystycznym skrawkiem Mołdawii, który od początku lat 90. funkcjonuje jak quasi-państwo, choć praktycznie nikt na świecie nie uznaje jego niepodległości. Ma własne władze, służby, wojsko, walutę i symbole, pozostając przy tym silnie związane z Rosją. Tyraspol jest czymś w rodzaju europejskiego skansenu postsowieckiego świata. I właśnie tam ma znajdować się były wiceminister sprawiedliwości Rzeczypospolitej.
Dla PiS to wizerunkowa katastrofa. Romanowski przez lata nie był przecież przypadkowym działaczem lokalnych struktur. Był człowiekiem resortu Zbigniewa Ziobry, wiceministrem w rządzie Mateusza Morawieckiego i jednym z polityków kojarzonych ze sprawą Funduszu Sprawiedliwości. Teraz zamiast stawić czoła polskiemu wymiarowi sprawiedliwości, wysyła do niego pisma z coraz bardziej egzotycznych kierunków.
Marcin Kierwiński skomentował sprawę brutalnie: „Prawa ręka Ziobry, wiceminister u Morawieckiego, kumpel PiSowskich posłów pisze listy z Naddniestrza. Udał się pod opiekę Putina? Komentarz jest tu absolutnie zbędny”. Andrzej Domański dodał: „Uciekający przed polskim wymiarem sprawiedliwości poseł PiS Marcin Romanowski znalazł według mediów kolejne schronienie… w kontrolowanym przez Rosję Putina Naddniestrzu. Zero zaskoczeń”.
Problem polega na tym, że PiS przez lata budował swój polityczny wizerunek na hasłach państwa, suwerenności, patriotyzmu i twardej postawy wobec Rosji. Tymczasem jeden z jego byłych wiceministrów ma dziś przebywać w miejscu będącym symbolem postsowieckiej szarej strefy. Nawet jeśli nie oznacza to żadnej politycznej współpracy z Rosją, sam obrazek jest dla partii fatalny.
Celnie ujął to Krzysztof Stanowski. „Ten Romanowski to posiedziałby ‘chwilę’ w areszcie w Polsce, pewnie maks. 6 miesięcy i by go wyciągnęli, nie musiałby oglądać się za siebie, telepać się po jakichś zapomnianych przez Boga miejscach. Jeszcze budowałby sobie wizerunek represjonowanego. Nie no, totalny przegryw, jeszcze teraz z doklejoną prorosyjskością”. Sławomir Cenckiewicz odpowiedział krótko: „Fakt”.
I rzeczywiście trudno zrozumieć polityczną logikę tej strategii. Romanowski chciał zapewne przedstawiać się jako ofiara państwa Tuska. Tymczasem z każdym miesiącem bardziej przypomina bohatera osobliwej ucieczki przez europejskie peryferia. Wizerunek męczennika został zastąpiony wizerunkiem polityka, który sam wpędza się w coraz bardziej absurdalne położenie.
Patryk Słowik stwierdził, że wydawało mu się, iż „maksymalny możliwy poziom kompromitacji został przez p. Romanowskiego osiągnięty już dawno. A tu okazuje się, że wciąż można bardziej się ośmieszyć”. Trudno o lepsze podsumowanie.
PiS może oczywiście nadal przekonywać, że sprawa Romanowskiego jest polityczna. Ale im dłużej były wiceminister pozostaje poza Polską, tym trudniej utrzymać narrację o bohaterze walczącym z systemem. Zwłaszcza gdy kolejnym przystankiem tej walki okazuje się Tyraspol.
Romanowski miał być dla PiS symbolem politycznych represji. Zaczyna być symbolem czegoś zupełnie innego: tego, jak daleko można uciec od odpowiedzialności i jak łatwo przy okazji ośmieszyć własne środowisko polityczne.











