Krzysztof Stanowski przez lata budował swoją markę na prostym założeniu: mówić bez ogródek, punktować innych, tropić hipokryzję i wytykać mediom brak przejrzystości. Tym bardziej kłopotliwie wygląda dziś sprawa publikacji na portalu Zero.pl dotyczącej Elemental Holding. Bo gdy ktoś sam chce uchodzić za recenzenta cudzych standardów, musi liczyć się z tym, że jego własne standardy będą oceniane równie surowo.
Chodzi o artykuł „Polski gigant podbija USA. Recykling i urban mining”, który ukazał się na Zero.pl 31 lipca. Początkowo materiał nie był oznaczony jako sponsorowany. Dopiero po pytaniach i krytyce pojawiło się stosowne oznaczenie. I właśnie ten moment jest dla Stanowskiego najbardziej niewygodny.
Filip Folczak z „Superwizjera” TVN zwrócił uwagę na pozytywny ton publikacji, pytając: „Czy korporacja sama zgłosiła się do Was z tym tematem, czy to Wasz pomysł? Może warto dodać kilka słów aktualizacji?”. Niedługo później artykuł otrzymał oznaczenie „Sponsorowany”.
Stanowski tłumaczył, że Elemental Holding nie zapłacił za publikację, a materiał był efektem współpracy barterowej związanej z II Forum Ekspansji Międzynarodowej. „Po prostu byliśmy partnerami konferencji i w ramach świadczeń barterowych zobowiązaliśmy się, że na portalu pojawi się między innymi opis któregoś z paneli. Akurat wybór padł na ten panel. Należało to lepiej oznaczyć” – przyznał.
I właśnie ostatnie zdanie jest tutaj najważniejsze.
„Należało to lepiej oznaczyć” brzmi jak techniczne niedopatrzenie, ale w mediach oznaczenie materiału komercyjnego nie jest detalem. To podstawowa informacja dla odbiorcy. Czytelnik ma prawo wiedzieć, czy ogląda niezależny materiał redakcyjny, czy publikację powstałą w ramach określonej współpracy. Nieważne, czy wynagrodzeniem były pieniądze, barter, usługa czy inne świadczenie.
Stanowski próbuje bronić się argumentem, że partnerem Kanału Zero był organizator wydarzenia, a nie bezpośrednio Elemental Holding. Tyle że dla odbiorcy najważniejsze jest coś innego: czy publikacja powstała całkowicie niezależnie, czy była elementem zobowiązania wynikającego ze współpracy. Jeśli to drugie, należało powiedzieć o tym jasno od początku.
Sprawa stała się jeszcze poważniejsza po ruchu Jasia Kapeli, który skierował zawiadomienie do UOKiK. Kapela wskazał na podejrzenie „braku lub spóźnionego oznaczenia treści o charakterze komercyjnym/sponsorowanym”. Argumentował także, że „brak początkowego oznaczenia płatnej/barterowej współpracy mógł wprowadzać odbiorców w błąd co do charakteru publikacji”.
O tym, czy doszło do naruszenia prawa, zdecydują oczywiście odpowiednie instytucje. Ale polityczny i medialny problem Stanowskiego istnieje niezależnie od tego.
Kanał Zero próbuje przecież przedstawiać się jako alternatywa wobec tradycyjnych mediów: bardziej szczera, bezpośrednia i odporna na ich grzechy. Tymczasem właśnie w takim projekcie standard przejrzystości powinien być szczególnie wysoki. Nie można jednego dnia drwić z innych redakcji za niejasne związki z biznesem czy polityką, a następnego tłumaczyć własnej publikacji słowami: „należało to lepiej oznaczyć”.
Stanowski ma więc problem nie dlatego, że jego krytycy znaleźli idealny pretekst do ataku. Ma problem dlatego, że sprawa uderza dokładnie w fundament jego wizerunku.
Można budować popularność na ostrości, ironii i bezkompromisowości. Ale wtedy trzeba być przygotowanym na to, że gdy samemu popełni się błąd, nikt nie będzie stosował taryfy ulgowej.
A tym razem Stanowski sam dostarczył swoim krytykom amunicji.











