Mateusz Morawiecki najwyraźniej niczego się nie nauczył. Były premier, którego rządy kojarzyły się z gigantycznymi transferami socjalnymi, kosztownymi programami i wydawaniem publicznych pieniędzy z rozmachem godnym znacznie bogatszego państwa, dziś wraca z kolejnym pomysłem. Tym razem pod szyldem Rozwoju Plus przekonuje, że ma „dobry plan” na kryzys demograficzny. I jak zwykle plan zaczyna się od pieniędzy.
„Jako Rozwój Plus mamy dobry plan na to, aby w Polsce rodziło się więcej dzieci” – zapewnia Morawiecki. W spocie jego środowiska słyszymy o „pensji rodzicielskiej” oraz „szeregu innych rozwiązań dla młodych rodzin”. Brzmi znajomo? Oczywiście. To dokładnie ten sam sposób myślenia, który PiS stosował przez lata: jeśli istnieje problem społeczny, trzeba stworzyć świadczenie, dopłatę, bon albo kolejny transfer.
Narrator nagrania przekonuje: „Nie po to, by rozdawać pieniądze, ale po to, by młodzi Polacy nie musieli wybierać między rodziną a bezpieczeństwem finansowym”. Problem w tym, że jeśli państwo wypłaca kolejne świadczenie z budżetu, to właśnie rozdaje pieniądze. Można to nazwać pensją rodzicielską, programem strategicznym albo inwestycją w przyszłość, ale księgowość pozostaje bezlitosna.
Nie znaczy to, że kryzys demograficzny jest wydumanym problemem. Przeciwnie – jest jednym z najpoważniejszych wyzwań stojących przed Polską. Tyle że doświadczenia ostatnich lat powinny nauczyć polityków, że prosty transfer pieniędzy nie rozwiązuje automatycznie problemu dzietności. Rodziny potrzebują mieszkań, dostępnych żłobków, stabilnego rynku pracy, przewidywalnego prawa i poczucia bezpieczeństwa. Potrzebują państwa, które działa sprawnie, a nie państwa, które raz po raz próbuje przykrywać swoje zaniedbania nowym przelewem.
Morawiecki zdaje się jednak pozostawać wierny starej metodzie. Narrator jego spotu mówi: „I choć będziemy słyszeć, że nas nie stać, to prawdziwe pytanie brzmi: czy stać nas na bezczynność?”. To zręczne retorycznie, ale fałszywie postawione pytanie. Alternatywą dla wydawania kolejnych miliardów nie jest przecież bezczynność. Można działać rozsądniej, celniej i taniej. Można reformować usługi publiczne, zwiększać podaż mieszkań, poprawiać dostępność opieki nad dziećmi i tworzyć warunki, w których młodzi ludzie nie boją się zakładać rodzin.
Morawiecki proponuje natomiast powrót do logiki, która dominowała podczas jego premierostwa: jeśli coś nie działa, dorzućmy pieniędzy. Jeśli nadal nie działa – dorzućmy więcej.
To szczególnie ryzykowne dziś, gdy państwo musi równocześnie finansować ogromne wydatki na obronność, ochronę zdrowia, emerytury i transformację energetyczną. Każda nowa stała obietnica socjalna oznacza nie tylko koszt w pierwszym roku, ale zobowiązanie na lata.
Morawiecki mówi: „Przyszłość zaczyna się dziś”. To prawda. Właśnie dlatego należałoby oczekiwać od byłego premiera czegoś więcej niż kolejnej propozycji polegającej na otwarciu państwowej kasy.
Demografia potrzebuje strategii, a nie konkursu na najwyższe świadczenie. Tymczasem Morawiecki nadal zachowuje się tak, jakby publiczne pieniądze były niewyczerpanym zasobem, a każdy społeczny problem dało się rozwiązać przelewem.
Po latach jego premierostwa znamy już tę metodę bardzo dobrze. I właśnie dlatego warto zapytać nie tylko, czy stać nas na bezczynność. Warto też zapytać, czy stać nas na kolejne pomysły Mateusza Morawieckiego.











