Marcin Romanowski zaczyna mieć problem znacznie poważniejszy niż krytyka płynąca z obozu rządzącego. Ataków ze strony ministrów Donalda Tuska mógł się przecież spodziewać. Znacznie bardziej wymowne jest to, że od jego postępowania zaczynają dystansować się także ludzie związani z Prawem i Sprawiedliwością. Albo z Mateuszem Morawieckim. Albo z jedną z frakcji PiS – przy obecnej wojnie domowej na prawicy naprawdę coraz trudniej połapać się, kto jest jeszcze człowiekiem Kaczyńskiego, kto Morawieckiego, kto Ziobry, a kto już przede wszystkim własnym.
Tym razem mocne słowa padły z ust Krzysztofa Szczuckiego. Były szef Rządowego Centrum Legislacji i były minister w rządzie Mateusza Morawieckiego nie próbował udawać, że nic się nie dzieje. Przeciwnie. Pytany o doniesienia dotyczące pobytu Romanowskiego w Naddniestrzu powiedział wprost: „To jest sytuacja dyskredytująca daną osobę w życiu publicznym w ogóle”.
To wyjątkowo mocna ocena, zwłaszcza że wypowiada ją polityk, który jeszcze niedawno z Romanowskim znajdował się w tym samym klubie parlamentarnym. Szczucki podkreślał: „Do niedawna byliśmy w jednym klubie parlamentarnym. Nie rozumiem tej postawy”. Co więcej, nie próbował przy okazji legitymizować działań prokuratury. Przeciwnie – zaznaczył, że od początku uważał wniosek o tymczasowe aresztowanie Romanowskiego za bezzasadny.
I właśnie dlatego jego słowa są dla byłego wiceministra sprawiedliwości szczególnie bolesne. Nie mówi tego polityczny przeciwnik, który od miesięcy czeka na okazję, by uderzyć w PiS. Mówi to człowiek z szeroko rozumianego obozu prawicy, który jednocześnie nie zgadza się z działaniami wymiaru sprawiedliwości wobec Romanowskiego. Mimo to stwierdza, że ewentualny pobyt w Naddniestrzu byłby czymś kompromitującym.
Oczywiście sam Szczucki zachowuje ostrożność. „Wysłanie skądś listu nie musi nic oznaczać, ktoś inny mógł ten list wysłać” – zaznacza. I słusznie. Doniesienia medialne wymagają potwierdzenia. Ale jeżeli informacja o pobycie Romanowskiego w Tyraspolu okaże się prawdziwa, polityczne znaczenie tej historii będzie trudne do przecenienia.
Naddniestrze nie jest bowiem neutralnym miejscem na mapie Europy. To separatystyczny region Mołdawii pozostający od początku lat 90. poza realną kontrolą władz w Kiszyniowie i silnie związany z Rosją. Trudno więc wyobrazić sobie gorsze miejsce dla polskiego polityka, który próbuje przekonywać opinię publiczną, że jest ofiarą politycznych prześladowań.
Marcin Kierwiński podsumował sprawę brutalnie: „Prawa ręka Ziobry, wiceminister u Morawieckiego, kumpel PiSowskich posłów pisze listy z Naddniestrza. Udał się pod opiekę Putina?”. Andrzej Domański dorzucił: „Uciekający przed polskim wymiarem sprawiedliwości poseł PiS Marcin Romanowski znalazł według mediów kolejne schronienie… w kontrolowanym przez Rosję Putina Naddniestrzu. Zero zaskoczeń”.
Takie komentarze ze strony rządu Romanowski może łatwo przedstawiać jako element politycznej wojny. Znacznie trudniej będzie mu zbyć słowa Szczuckiego.
I tu zaczyna się prawdziwy problem PiS. Romanowski miał być przykładem polityka prześladowanego przez nową władzę. Tymczasem jego kolejne decyzje sprawiają, że nawet po prawej stronie coraz trudniej go bronić. Jeżeli rzeczywiście wybrał Naddniestrze jako miejsce schronienia, to nie tylko wystawił na próbę wiarygodność własnej narracji. Postawił również swoich dawnych kolegów w sytuacji, w której muszą tłumaczyć coś, czego najwyraźniej sami już nie rozumieją.
A kiedy polityka zaczynają krytykować nie tylko przeciwnicy, lecz także ludzie z własnego obozu, zwykle oznacza to jedno: parasol ochronny właśnie zaczyna się składać.











