Karol Nawrocki coraz wyraźniej przestaje zachowywać się jak prezydent wszystkich Polaków, a zaczyna jak polityk budujący własny obóz po prawej stronie sceny politycznej.
To nie jest już wyłącznie kwestia pojedynczych gestów czy retoryki. W Pałacu Prezydenckim coraz częściej słychać język charakterystyczny dla partyjnego sztabu: jednoczenie prawicy, zszywanie rozłamów, wspólne listy do Senatu, patronat nad wyborczymi porozumieniami. Trudno tego nie odczytywać jako próby ustawienia prezydentury w roli centrum politycznego, które ma porządkować i podporządkowywać sobie prawicę.
Rozłam w PiS stał się faktem. Mateusz Morawiecki z grupą posłów stworzył klub Rozwój Plus i otwarcie zaatakował dawnych kolegów. Były premier mówił, że „znaczna część PiS pod wpływem rozłamowców, intrygantów i Solidarnej Polski staje się na naszych oczach taką większą Solidarną Polską”. Można się z Morawieckim zgadzać lub nie, ale jedno jest oczywiste: mamy do czynienia z partyjną wojną domową. I właśnie w tym momencie do gry wchodzi otoczenie prezydenta.
Szef Kancelarii Prezydenta Zbigniew Bogucki mówi: „Nie ma w polityce takich rzeczy, których nie można by było zszyć”. Brzmi to niewinnie, niemal pojednawczo. Tyle że pytanie brzmi: kto właściwie ma to zszywać? Prezydent? Jego kancelaria? Pałac Prezydencki ma teraz pełnić rolę mediatora między Morawieckim, PiS, Solidarną Polską i resztą prawicowych frakcji? Jeśli tak, to nie mówimy już o głowie państwa stojącej ponad partyjnymi sporami, lecz o politycznym patronie jednego obozu.
Jeszcze bardziej wymowny jest pomysł wspólnej prawicowej listy do Senatu pod patronatem Nawrockiego. Bogucki przyznał, że takie rozważania „są prowadzone” i że prezydent dostrzega znaczenie jedności po prawej stronie. To już nie jest język konstytucyjnej neutralności. To język kampanii wyborczej. Prezydent zaczyna być przedstawiany jako ktoś, kto ma organizować prawicę do następnych wyborów i pilnować, żeby nie rozproszyła głosów.
Bogucki mówi: „Ważne jest, żeby prawica była jak najbardziej w tych momentach, w których się tylko da, jednością”. Tylko dlaczego troska o jedność prawicy ma być zadaniem Kancelarii Prezydenta? Dlaczego Pałac ma interesować się optymalnym wynikiem jednego obozu politycznego w wyborach do Senatu? Można oczywiście argumentować, że prezydent ma własne poglądy i polityczne zaplecze. Ma. Ale czym innym jest posiadanie poglądów, a czym innym zamienianie urzędu prezydenckiego w centrum koordynacji partyjnych interesów.
Nawrocki zdaje się zresztą dostrzegać polityczną okazję. PiS jest osłabione, rozbite i pogrążone w sporach. Morawiecki buduje własne środowisko, Czarnek próbuje pozycjonować się jako przedstawiciel twardej prawicy, dawni ministrowie atakują się nawzajem. W takiej sytuacji prezydent może próbować wejść ponad nimi i powiedzieć: to ja jestem dziś naturalnym liderem całego obozu. To politycznie zrozumiałe. Ale dla jakości prezydentury to zjawisko fatalne.
Bo prezydent, który zaczyna rozdawać role na prawicy, szybko przestaje być arbitrem. Staje się uczestnikiem gry. A kiedy za dwa lata czy trzy lata będzie wetował ustawy rządu albo ostro spierał się z premierem, trudno będzie uwierzyć, że kieruje się wyłącznie interesem państwa. Zawsze pojawi się pytanie, czy przypadkiem nie pracuje właśnie na wynik „swojego” obozu w kolejnych wyborach.
Najbardziej zabawne jest przy tym powoływanie się na „dobro państwa”. Bogucki mówi, że „dobro państwa, interes publiczny powinny być ponad różnego rodzaju osobistymi animozjami”. Oczywiście. Tylko że chwilę później mówi już o jedności prawicy i wyborach do Senatu. Dobro państwa bardzo szybko przechodzi więc w dobro konkretnego obozu politycznego.
Karol Nawrocki powinien uważać. Prezydentura może dawać ogromny kapitał polityczny, ale łatwo go roztrwonić, jeśli urząd zacznie przypominać centralę partyjnego porozumienia. Jeżeli Pałac Prezydencki rzeczywiście będzie patronował wspólnym listom prawicy, zszywał podzielone frakcje i układał wyborczą strategię, skończy się fikcja prezydenta stojącego ponad partiami. Zostanie polityk z własnym obozem, własnymi interesami i własną kalkulacją.
I wygląda na to, że właśnie w tę stronę Nawrocki zaczyna iść.











