Rozłam w Prawie i Sprawiedliwości przestał być polityczną plotką, a stał się faktem. Usunięcie z partii polityków związanych z Mateuszem Morawieckim i powstanie klubu parlamentarnego Rozwój Plus pokazują, że formacja Jarosława Kaczyńskiego weszła w etap otwartej wojny o przyszłość. Najciekawsze jest jednak to, że uczestnicy tej wojny próbują dziś przekonywać Polaków, iż za osiem lat rządów PiS odpowiadali przede wszystkim… inni.
Mateusz Morawiecki próbuje budować nową polityczną tożsamość, dystansując się od części decyzji podejmowanych w czasach, gdy stał na czele rządu. Problem jest oczywisty: przez sześć lat był premierem. Nie obserwatorem, komentatorem ani ekspertem wynajętym przez partię, lecz szefem Rady Ministrów.
Dlatego wyjątkowo celnie brzmią słowa Jacka Sasina, choć wypowiada je polityk współodpowiedzialny za dokładnie ten sam okres rządów. – „Morawiecki teraz wychodzi i mówi, że on o niczym nie decydował, był tylko i wyłącznie długopisem” – stwierdził Sasin.
Trudno nie zapytać: jeśli rzeczywiście tak było, to dlaczego Morawiecki przez tyle lat godził się odgrywać tę rolę? A jeśli tak nie było, jego obecna próba dystansowania się od własnego rządu staje się zwyczajnie niewiarygodna.
Sasin zadał zresztą najprostsze możliwe pytanie: „Kto mu kazał być takim premierem?”. I dodał: „Przecież mógł zrezygnować, jak mu to nie odpowiadało”.
To brutalne zdanie pokazuje zasadniczy problem Morawieckiego. Były premier chciałby zachować sukcesy swojej kadencji, ale odpowiedzialnością za porażki podzielić się z Kaczyńskim, Ziobrą, Sasinem, Czarnkiem i całą resztą partyjnego aparatu. Politycznie jest to wygodne, lecz niezbyt przekonujące.
Nie oznacza to jednak, że stary PiS ma prawo przedstawiać się jako niewinna ofiara ambicji Morawieckiego. Wręcz przeciwnie. Przemysław Czarnek, Jacek Sasin i pozostali przeciwnicy byłego premiera uczestniczyli w tym samym systemie władzy. Akceptowali jego decyzje, bronili ich w mediach i przez lata zapewniali wyborców, że rząd działa znakomicie.
Czarnek szczególnie chętnie występuje dziś w roli strażnika prawdziwego PiS – twardego, ideowego i wiernego Jarosławowi Kaczyńskiemu. Tyle że również on ponosi odpowiedzialność za bilans poprzednich rządów. Nie da się przez lata siedzieć przy jednym stole, a kiedy rozpoczyna się polityczna katastrofa, nagle oznajmić, że winę ponosi kolega siedzący obok.
I właśnie dlatego obecny konflikt jest dla PiS tak niebezpieczny.
Partia Kaczyńskiego przez lata opierała swoją siłę na przekonaniu, że niezależnie od wewnętrznych sporów potrafi zachować jedność. Teraz ten mit rozpada się publicznie. Dawni ministrowie zaczynają opowiadać o sobie nawzajem rzeczy, które jeszcze kilka lat temu można było usłyszeć wyłącznie od opozycji.
Sasin mówi, że wiarygodność Morawieckiego spadła „do zera”. Morawiecki sugeruje, że jako premier miał ograniczoną możliwość działania. Ludzie związani z Czarnkiem chcą powrotu bardziej ideowego, twardego PiS. Każda z tych frakcji przekonuje, że to właśnie ona może uratować prawicę.
Tylko przed czym?
W dużej mierze przed konsekwencjami własnych rządów.
Morawiecki nie może udawać, że przez sześć lat jedynie trzymał długopis. Czarnek nie może przedstawiać się jako polityk stojący poza odpowiedzialnością za państwo PiS. A partia Kaczyńskiego nie może wymazać własnej historii przez wyrzucenie kilku ludzi z legitymacjami partyjnymi.
Rozłam pokazuje więc coś więcej niż osobisty konflikt. PiS rozpoczął walkę o to, kto napisze historię jego rządów – i przede wszystkim kto zostanie obciążony odpowiedzialnością za błędy.
Problem w tym, że uczestnicy tej wojny przez lata rządzili razem. I żadne partyjne wyroki dyscyplinarne tego nie zmienią.











