Sprawa Marcina Romanowskiego dawno przestała być wyłącznie historią o polityku, który unika polskiego wymiaru sprawiedliwości. Jeżeli rzeczywiście przebywa on w Naddniestrzu, czyli na obszarze pozostającym pod silnym wpływem Rosji, pytania o jego sytuację muszą wykraczać poza krajową awanturę partyjną. Gen. Roman Polko słusznie zwraca uwagę, że mamy do czynienia z potencjalnym problemem kontrwywiadowczym, którego nie wolno bagatelizować.
Były dowódca GROM mówi wprost: – „Dla rosyjskich służb były polski wiceminister to absolutna kopalnia wiedzy”.
To mocne słowa, ale trudno odmówić im logiki. Romanowski jako wiceminister sprawiedliwości należał do kierownictwa ważnego resortu. Znał ludzi, procedury, sposób podejmowania decyzji, wewnętrzne konflikty i mechanizmy funkcjonowania państwa. Nawet jeżeli nie dysponował formalnie najbardziej tajnymi dokumentami, sama wiedza wynikająca z kilkuletniej obecności na szczytach administracji może być dla obcego wywiadu bardzo cenna.
I właśnie dlatego tak nieodpowiedzialne jest wszystko, co Romanowski robi obecnie.
Do Sądu Okręgowego w Warszawie trafił jego wniosek o wydanie listu żelaznego. Korespondencja została nadana w Tyraspolu, stolicy separatystycznego Naddniestrza. Sam ten fakt nie dowodzi jeszcze, że Romanowski tam przebywa ani tym bardziej, że współpracuje z rosyjskimi służbami. Ale wystarcza, by służby państwa potraktowały sprawę śmiertelnie poważnie.
Polko nie ma złudzeń. – „Na terytorium kontrolowanym przez FSB i lokalne KGB nikt nie pojawia się przypadkiem. W tym świecie nie ma darmowych przysług” – ostrzega. I to jest pytanie, na które Romanowski powinien odpowiedzieć: jeżeli rzeczywiście znajduje się w Naddniestrzu, kto zapewnia mu możliwość pobytu, dokumenty, bezpieczeństwo i swobodę działania? Nie chodzi o publicystyczne polowanie na czarownice. Chodzi o elementarne standardy bezpieczeństwa państwa.
Jeszcze ostrzej brzmi następne zdanie generała: – „Istnieje ogromne ryzyko, że za ochronę trzeba zapłacić konkretną informacją”.
To oczywiście ocena ryzyka, a nie dowód, że Romanowski cokolwiek komukolwiek przekazał. Ale właśnie dlatego jego zachowanie jest tak bulwersujące. Były wysoki urzędnik państwowy powinien unikać sytuacji, które choćby stwarzają możliwość podejrzenia, że znalazł się w zależności od struktur kontrolowanych przez państwo wrogie Polsce.
Tymczasem Romanowski zamiast wrócić do kraju i zmierzyć się z zarzutami, wybiera kolejne polityczno-prawne manewry. Chce przedstawiać siebie jako ofiarę prześladowań, ale im dłużej pozostaje poza Polską i im bardziej egzotyczne są okoliczności jego pobytu, tym trudniej traktować tę narrację poważnie.
Polko idzie jeszcze dalej. – „Nazwijmy rzeczy po imieniu: to nie jest zwykły azyl dla zbiega, lecz wejście w sam środek wrogiej infrastruktury wojennej” – mówi.
Jeżeli potwierdzi się, że Romanowski rzeczywiście korzysta z ochrony struktur działających w Naddniestrzu, trudno będzie przejść nad tym do porządku dziennego. Generał używa nawet słowa „zdrada”, zaznaczając, że jest to jego ocena polityczna, a nie kwalifikacja prawna.
I właśnie w tym miejscu trzeba zachować precyzję. Bez dowodów nie można oskarżać Romanowskiego o współpracę z rosyjskimi służbami. Można natomiast zarzucić mu skrajną nieodpowiedzialność.
Polityk, który jeszcze niedawno współkierował Ministerstwem Sprawiedliwości, powinien rozumieć znaczenie bezpieczeństwa państwa lepiej niż przeciętny obywatel. Jeżeli więc dobrowolnie znalazł się w przestrzeni kontrolowanej przez rosyjskie struktury, stworzył sytuację, która musi interesować polski kontrwywiad.
Gen. Polko ma zatem rację, domagając się najwyższego poziomu ostrożności. Nie chodzi już tylko o Romanowskiego i jego kłopoty z wymiarem sprawiedliwości. Chodzi o to, co wie były wiceminister, kto może mieć do niego dostęp i jakie konsekwencje może to mieć dla Polski.
Romanowski chciał uciec od problemów w kraju. Jeśli trop naddniestrzański się potwierdzi, może się okazać, że stworzył problem znacznie poważniejszy od tego, przed którym uciekał.











